niedziela, 23 września 2012

Chwila przerwy.

Chcąc nie chcąc mam chwilę przerwy w życiorysie:) Na szczęście jedynie 10 dni, mam tylko nadzieję że potem szybko będę mógł wrócić na szlak. 

czwartek, 20 września 2012

Czerwona Ławka

Czerwona Ławka (po słowacku: Priečne sedlo) to nazwa, która od dłuższego czasu krążyła mi po głowie. Wyobraźnię rozpalało to, że szlak ten jest uznawany za najtrudniejszy na Słowacji, spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że jest trudniejszy od Orlej Perci. W tym tygodniu po kilkakrotnym przesuwaniu terminu wyjazdu wreszcie udaje mi się tam wybrać, razem ze mną zabiera się jeszcze rekonwalescent Słoń.Wyjeżdżamy z domu o 5 rano, a w Starym Smokowcu jesteśmy koło 7:30, gdy dochodzimy do dolnej stacji kolejki na Hrebienok okazuj się ze właśnie odjechała. Musimy czekać na następną, prawie 30 min i na górze jesteśmy 8:10. Po śniadaniu ruszamy w stronę Chaty Teryho -czas na znaku 2h 45min.

Panorama doliny Pięciu Stawów Spliskich
Mimo złapania zadyszki na progu skalnym, przy Terynce jesteśmy po 2h 15min. Pogoda jest wspaniała, widoki prześliczne, szczerze powiedziawszy kocham to miejsce. Pokochałem je od pierwszego wejrzenia, gdy 3 lata temu, doczłapałem do schroniska w deszczu i mgle. Robimy sobie dłuższą przerwę, by zjeść tutejszy specjał cesnakową polievkę (zupa czosnkowa, z grzankami i serem).

W głębi doliny próg skalny a na nim Terynka
Ponownie na szlak wracamy po 30 min, kierujemy się znakami żółtymi, przejście do  Schroniska Zbójnickiego ma planowo zająć 3h. Szlak ten jest jednokierunkowy, początkowo pnie się ostro w górę, by potem zejść na dno małej dolinki, z którego rozpoczyna się ostateczne podejście pod Czerwoną Ławkę. Po około godzinie od wyjścia ze schroniska stajemy wreszcie przed początkiem łańcuchów. Jest to podobno najdłuższy ciąg łańcuchów w Tatrach. My przez większość drogi nie korzystamy właściwie ze sztucznych ułatwień, tylko idziemy bezpośrednio po skale - robimy to po to, by ominąć kolejkę ludzi którzy, radzą sobie słabiej niż my.


Na przełęczy zatrzymujemy się tylko by napić się wody i schodzimy dalej do Zbójnickiej Chaty, przy której jesteśmy po 2h 30 min od wyjścia z Terynki. Tu robimy około 30 min przerwę i ruszamy spokojnie dalej do górnej stacji kolejki. Koło domykamy po 7h 30 min, czyli z czasem lepszym od tego na znakach o 30 min, co bardzo cieszy.

Zbójnicka Chata wyłania się za skał.
Muszę przyznać że pomimo pięknych widoków czuje się rozczarowany, szlak był ciekawy, ale spodziewałem się większych trudności. Porównanie Czerwonej Ławki i Orlej Perci, jest tak samo pozbawione sensu jak porównywanie siły naszej marynarki wojennej do słowackiej. 

niedziela, 16 września 2012

Podsumowanie

Wyjazd zdecydowanie można uznać za udany, pogoda dopisała i udało nam się zrealizować zakładane cele. Po raz pierwszy byliśmy tak mobilni, dotychczas działaliśmy zwykle z jednego kempingu, tym razem zwiedziliśmy aż trzy. Zobaczyliśmy jak wyglądają ferraty w Austrii i teraz mamy porównanie. Jednocześnie udało nam się wreszcie zmierzyć z superferratą Constantini, która nas rozczarowała z powodu braku poważnych trudności technicznych. Dlatego nadal uważam za najtrudniejszą ferrate którą zrobiłem Cesare Piazzetta.

Widok z kempingu w dzień wyjazdu.
Uważam że pod względem kondycyjnym byłem bardzo dobrze przygotowany do wyjazdu. Siłowe fragmenty pokonywałem bez większych problemów, a na podejściach wreszcie nie ustępowałem reszcie.

Na koniec jak zwykle trochę wykresów z Sports Trackera, niestety z Constantini nie mamy, ponieważ w połowie trasy program się zawiesił, a Jendras tego nie zauważył.

Dei Finanzieri cała trasa od górnej stacji kolejki Ciampac.
http://www.sports-tracker.com/#/workout/pmarcinek/70j1qf1kab7glmnu

Ferraty Cellonstollen, Weg ohne Grenzen (Senza Confini), Steinergerweg - na wykresie ładnie widać odcinek, który niepotrzebnie przechodziliśmy w dwie strony. 
http://www.sports-tracker.com/#/workout/pmarcinek/v3g1o644mklgat60

ÖTK Klettersteig - jedynie ta jedna ferrata, na Galitzenklamm nie włączaliśmy nawet komórki.
http://www.sports-tracker.com/#/workout/pmarcinek/vjr5et64cqsds5rm

PS.
Udało się nam ciekawie zastosować chińskie zupki. Połączyliśmy makaron z kilku opakowań, lekko podsmażoną szynkę konserwową i sos do spaghetti, co dało pożywne i smaczne danie. Do tego piwo i obiad jak w najlepszej restauracji:)

Składni w trakcie przygotowywania...

 i już gotowe danie.


piątek, 14 września 2012

Galitzenklamm & ÖTK Klettersteig

Na drugi dzień w Austrii wybieramy dwie dość krótkie, ale ciekawe ferraty Galitzenklamm i ÖTK Klettersteig. Zastanawiamy się długo w jakiej kolejności je przejść i ostatecznie ustalamy, że zaczniemy od Galitzenklamm mimo że jest krótsza. Nasza decyzja podyktowana jest tym, że za wejście do wąwozu Galitzenklamm pobierana jest opłata, a my nie znamy jej wysokości. Postanawiamy, że jeżeli będzie drogo wracamy na kemping, pakujemy się i po drodze do domu zrobimy jeszcze ÖTK Klettersteig, a jeżeli cenna będzie ok, to idziemy na dwie ferraty i zostajemy jeszcze jeden dzień. Na miejscu okazuje się, że wejściówka to 4,5 euro, więc nie jest źle.

Jedna z atrakcji w wąwozie Galitzenklamm
Idziemy dnem wąwozu obserwując jego ściany, które w licznych miejscach pokryte są poręczówkami i wiszącymi mostami. Niestety w naszym przewodniku mamy opis tylko ferraty Galitzenklamm. Jest to spowodowane tym, że pozostałe szlaki powstały już po jego wydaniu (najnowsza frrata ma niecały miesiąc). Po dłuższym zastanowieniu podejmujemy decyzję żeby nie zmieniać planu i zrobić tylko opisany szlak, chociaż pozostałe opcje kuszą niezmiernie.

Widok z mostku rozpoczynającego jedną z nowych ferrat w wąwozie Galitzenklamm.
Sama ferrata Galitzenklamm nie jest specjalnie trudna, ale biegnie malowniczym wąwozem i jest poprowadzona w ten sposób, by dostarczać licznych wrażeń. W wielu miejscach są sztuczne ułatwienia w postaci metalowych prętów i klamer, a po drodze przechodzimy przez dwa trójlinowe mostki. Jedynym minusem są rzesze turystów, oglądające nasze poczynania z drewnianego pomostu powyżej. Po około godzinie zabawy wracamy do samochodu i ruszamy w stronę ÖTK Klettersteig.





Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na chwilę żeby zobaczyć ruiny rzymskiego miasta Aguntum.

Ruiny bramy miejskiej w Aguntum.



Po krótkiej przerwie jedziemy już bez zbędnych postojów dalej, aż do mostu nad potokiem Pirkner Bach, gdzie zostawiamy samochód. Miejsce to jest o tyle dziwne, że nie ma tu parkingu (pierwszy raz podczas naszych wszystkich wyjazdów na ferraty) i auta stoją po prostu koło drogi. Szybko pokonujemy 15-minutowe podejście, którego przewyższenie to całe 10m i za Starym Młynem schodzimy do koryta potoku, który poprowadzona jest ferrata.

Stary Młyn
 Farrata jak to zwykle w Austrii bywa "szuka" trudności, dlatego na początek wychodzimy na ogromny blok skalny, zamiast go po prostu ominąć. Po pewny czasie dochodzimy do plątaniny mostów linowych, za którymi pokonujemy kolejne bloki. W końcu naszym oczom ukazuje się olbrzymi, kamienny mur z wodospadem. Wychodzimy na niego po miejscami mokrej, ale dobrze ubezpieczonej skalnej ścianie.



 

Następnie przekraczamy potok i idziemy dalej dnem wąwozu, aż do ostatnich już poręczówek, które pokonujemy dość szybko, mimo że są lekko przewieszone na początku. Teraz już tylko pozostała nam droga przez las do samochodu i powrót na kemping na ostatni wieczór w Austrii.


Uważam, że zarówno Galitzenklamm jak i ÖTK Klettersteig są drogami wartymi polecenia, które dostarczają bardzo dużo radości i zabawy. Niestety z powodu łatwej dostępności są bardzo popularne; do wąwozu Galitzenklamm należy wchodzić jak najwcześniej - my byliśmy tam od razu po otwarciu kas o 9 i szliśmy prawie sami, ale jak już schodziliśmy na początku szlaku ustawiała się kolejka.


wtorek, 11 września 2012

Ferraty Cellonstollen, Weg ohne Grenzen (Senza Confini), Steinergerweg.

Tak jak ostatnio pisałem pożegnaliśmy się z Włochami i przenieśliśmy naszą działalność do Austrii. Za bazę wypadową posłużył nam kemping Falken w Lienzu, który w porównaniu ze znanymi nam włoskimi obiektami tego typu cechuje się wyższym standardem przy podobnych cenach. Via ferraty w Austrii też różnią się od tych włoskich. Przede wszystkim można tu znaleźć wiele szlaków nie wymagających długich i męczących podejść. Zejścia również nie są długie i zwykle szlak poprowadzony jest w ten sposób, by bez problemu wrócić do miejsca startu. 

Na pierwszy dzień w Austrii wybieramy ciąg ferrat Cellonstollen, Weg ohne Grenzen i Steinergerweg. Są to szlaki położone powyżej przełęczy Plockenpass i prowadzą na szczyt Frischenkofla. Z naszego kempingu do przełęczy leżącej na granicy Austrii i Włoch mamy ok 50km, które szybko przejeżdżamy, auto zostawiamy na parkigu przy końcu galerii przeciw lawinowej i zaczynamy podejście do pierwszej ferraty.



Początek to wyjście na dach wspomnianej wcześniej galerii przeciwlawinowej i podejście stromą ścieżką przez las. Jest bardzo wilgotno, duszno i nie ma czym oddychać, co powoduje, że pomimo niewielkiej długości podejście (15min) do wejścia do Cellonstollen dochodzimy lekko zziajani. Sama ferrata jest prosta, wiedzie długą sztolnia w której oświetlenie według mnie jest niezbędne pomimo dość częstych otworów ( Ojciec szedł bez czołówki z własnego wyboru).




Poręczówki po wyjściu ze sztolni.

Po wyjściu ze sztolni, krótka poręczówka wyprowadza nas na dużą półkę porośnięta kosówką. Gubimy szlak pośród zarośli i dochodzimy do początku jakiejś ferraty. Niestety nie znamy jej nazwy, muszę zejść około 50 m do rozwidlenia szlaku, by zorientować się gdzie jesteśmy. W tym czasie reszta ekipy fotografuje sobie świstaki buszujące pomiędzy kamieniami.




Na rozwidleniu spotyka mnie niemiła niespodzianka - na tabliczce są tylko dwie nazwy Senza Confini i Steinergerweg, a my szukamy ferraty Weg ohne Grenzen. Z opisu przewodnikowego wynika, że powinśmy kierować się na  Steinergerweg aż do momentu pojawienia się tabliczki na naszą ferratę - co prawda początek Senza Confini, który wyłania się z chmur mniej wiecej pasuje do opisu naszej drogi, ale nie jesteśmy pewni. Gdy zastanawiamy się co robić, dochodzi do mnie dwóch Niemców, którzy po krótkiej rozmowie wyjaśniają mi, że poiwniśmy iść dalej w stronę Steinergerweg. Przekazuje reszcie te informacje i ruszamy płaską ścieżką we wskazanym kierunku.

Gdy dochodzimy do początku Steinergerweg wiemy, że coś jest nie tak. Po dokładnym zilustrowaniu przewodnika dowiadujemy się, że Weg ohne Grenzen i Senza Confini to ta sama ferrata tylko każda nacja ma na nią własną nazwę. Cofamy się, tracąc około 15 min na bezsensowne bieganie tam i z powrotem. Gdy dochodzimy do początku ferraty ponownie spotykamy Niemców, których pytaliśmy się o drogę, wycofują się ze ściany tłumacząc się niepewną pogodą (rzeczywiście jest gęsta mgła), ale widać po nich że trudności ich po prostu przerosły.


Pierwsze metry ściany to nieco krucha rynna, z której przechodzi się na stromą płytę, na której zamontowane są liczne sztuczne ułatwienia. Dalej wchodzimy już w gęstą mgłę, a trasa poprzez niewielki kominek wyprowadza nas na wąską eksponowaną grań. Poręczówki poprowadzone są (chyba specjalnie) tak że, co kawałek musimy przechodzić z ich jednej na drugą stronę.Poruszamy się sprawnie i szybko, dochodzimy w końcu do kluczowego momentu ferraty - stromej skośnej rysy, która jest typowo siłowym fragmentem. Dalej idziemy już bez większych trudności granią  aż do resztek pierwszowojenych umocnień, które kończą ferratę. Właściwie w tym miejscu kończą się poręczówki, bo sama ferrata kończy się wcześniej w dziwnym miejscu.





Za mną kluczowy mną ferraty.
Tym razem opaczność nad nami czuwa i udaje nam się dostrzec oznaczenie ferraty Steinergerweg, co nie jest łatwe z uwagi na gęsta mgłę. Szlak ten jest nieprzyjemny z powodu masy luźnych kamieni, które spadają z każdym naszym krokiem. W pewnym momencie, zrzucony przez Jendrasa kamień, powoduje niewielką lawinę, która z łoskotem spada w dół - mieliśmy szczęście, że nikogo nie było niżej. Dalej jest już lepiej, ferrata zmienia się w górską ścieżkę na której w wielu miejscach ubezpieczania są zbędne. Wychodzimy wreszcie z chmur, a po dłuższej chwili dochodzimy do tablicy z nazwą ferraty przy której byliśmy już kilka godzin wcześniej.






Teraz już tylko pozostało nam zejście, zakosami przez łąkę a później lasem do parkingu. Po drodze spotykamy stado owiec, które niestety uciekają przy próbie pogłaskania. Przy samochodzie jesteśmy po 5 h 20min, gdzie czas w przewodniku podany był na 6h 15min. Cały ciąg ferrat na pewno warty jest przejścia, ponieważ dostarcza bardzo dużo zabawy, jest umiarkowanie trudny, a widoki podobno też są cudowne. Wybierając się na te ferraty należy pamientać że w terenie nie wystepuje nigdzie niemiecka nazwa Weg ohne Grenzen, a jedynie włoska Senza Confini.

niedziela, 2 września 2012

Dei Finanzieri

Stare chińskie przysłowie mówi: "Co się odwlecze to nie uciecze" i tak właśnie było z ferratą Dei Finanzieri. W zeszłym roku z powodu deszczu musieliśmy z niej zrezygnować i wracać do domu dzień wcześniej, w tym co prawda w nocy padało, ale stwierdziliśmy, że idziemy na ferratę. Od naszego kempingu w Canazei do parkingu przy dolnej stacji kolejki na Ciampac jest niecałe 2km, nawet nasz GPS nie zdąża  się uruchomić, a już jesteśmy na miejscu. Od tego miejsca mamy dwie opcje, pierwsza to prawie 2 godzinne podejście, druga to wyjazd kolejką. My decydujemy się pójść na łatwiznę i po kilku minutach ubożsi o 12 euro (bilet w dwie strony) jesteśmy na górze.

Widok na Ciampac.
Dalej ruszamy w dół w stronę małego jeziorka, a później zakosami do podnóża ferraty, gdzie dochodzimy po ok. 30 min. Początkowy odcinek to głównie połogie płyty, które ubezpieczone są pojedynczą liną. Idziemy nimi sprawnie i szybko mimo tego, że miejscami jest ślisko (nocny deszcz) i leżą drobne, luźne kamienie.

 
 


Przy początku drabin (klamer) trafiamy na zator, ludzie przed nami pokonują drogę bardzo wolno i ewidentnie nie radzą sobie w jednym miejscu - przejściu z jednej drabiny na drugą. Jest to dość nieprzyjemny fragment, bo drabinki są lekko przewieszone (naprawdę lekko). To miejsce jest kluczowe na całej ferracie. Dalej idziemy już bezproblemowo, ale niestety wolno z powodu tłumów przed nami,. Za to widoki rekompensują nam wszelkie niedogodności. Ferratę kończymy po ok.2h od chwili startu.

Dwie części panoramy ze szczytu Colac
Na wierzchołku Colac robimy jedynie krótki postój, bo niestety czas nas goni. W planach na ten dzień mamy jeszcze przejazd do Lienzu i znalezienie kempingu. Droga zejściowa jest początkowo ubezpieczona, a później przeradza się w zwykłą ścieżkę. Schodząc należy uważać na znaki, bo można się pomylić i potem trzeba nadłożyć trochę drogi schodząc na przełaj, jak turysta idący przed nami. Przy górnej stacji kolejki jesteśmy dokładnie po 4h 4min od wyjścia. Teraz jeszcze jazda w dół i przejazd do Austrii. 




Ogólnie to ta via ferrata nie jest trudna. Spotkaliśmy nawet na niej trochę dzieci i mimo że jest mocno uczęszczana  mogę polecić ją każdemu kto chce rozpocząć przygodę z drogami tego typu lub na dzień odpoczynku dla bardziej zaawansowanych. Tak jak już wcześniej pisałem cudowne widoki wprost zapierają dech - dla nas tak na pożegnanie z Dolomitami.