środa, 14 września 2011

Ferrata delle Mesules, czyli Dzień Polski.



Na czwarty cel podczas tegorocznego wyjazdu obieramy via ferratę delle Mesules (spotkałem się również z zapisem nazwy jako delle Mescules, ew. des Meisules), jest to jedna z najstarszych dróg w Dolomitach, powstała w 1912 roku z inicjatywy Austriacko-Niemieckiego Klubu Alpejskiego. Wieczorem nazwiemy ten dzień polskim, ponieważ spotkamy aż trzy zespoły z naszego kraju. 

Zespół pierwszy.

Parkujemy auto parę metrów przed Passo Sella i ruszamy na szlak. Na przełęczy naszym oczom ukazuje się niecodzienny widok –kilku Czechów przyjechało w Dolomity śmiesznymi, ale budzącymi ogromne zainteresowanie autkami.

 Jakim trzeb być pasjonatem, żeby czymś takim przyjechać z Czech w Dolomity?

Po około 20 minutach szybkiego spaceru docieramy do podnóża 300 metrowej ściany. Jest tu około dziesięciu osób przygotowujących się do startu. Takich „tłumów” jeszcze nigdzie w Dolomitach nie spotkaliśmy. Widzimy jak pięcioosobowy zespół (3 dziewczyny i 2 facetów) stawia pierwsze kroki na ferracie i Jendras ze swoim wrodzonym taktem, rzuca głośno stwierdzenie, że będą tarasować nam drogę. Po reakcji ostatniej z dziewczyn widzę, że potwierdziły się moje przypuszczenia – to są Polacy.

Początek szlaku nie jest trudny, ale poruszamy się powoli wstrzymywani przez zespół przed nami. Po chwili dochodzimy do ciągu kominów i to miejsce wyraźnie przerasta dziewczyny. Siedzimy i patrzymy jak męczą się na każdym metrze, niestety nie ma ich jak wyminąć. Ogólnie jest ciasno, zdarzają się trudne momenty, w kilku miejscach trzeba pokombinować, ale jest sporo sztucznych ułatwień.




Po wyjściu z kominków mamy sporo powietrza pod stopami. Niestety tempo jeszcze spada, przemieszczamy się od jednego miejsca, w którym można siedzieć do drugiego, bo Polacy sobie nie radzą. Czy nie powinno się wybierać ferrat adekwatnych do swoich umiejętności? Po co samemu się bać i uprzykrzać, życie innym?


Wreszcie kończą się poręczówki i zaczyna się strome podejście, na tyle szerokie by wreszcie móc ich wyminąć. Po kilkunastu minutach docieramy do szerokiej półki, obwieszczamy zakończenie ferraty,  robimy pamiątkowe zdjęcia, zrzucamy szpeja, i dochodzimy do przełęczy, z której mamy zamiar zejść na dół.

 Nasza czwórka w pełnej okazałości.

Niestety ku naszemu zaskoczeniu to jeszcze nie koniec -szlak prowadzi dalej na Piz Selva. Morale bardzo podupada, podchodzimy wyżej i robimy sobie przerwę. Obserwując reakcje ludzi którzy dochodzą do przełęczy od strony ferraty widzimy, że nie tylko my się pomyliliśmy, wszyscy liczyli że droga stąd już tylko w dół :). 

Podejście pod Piz Selva, nie należy do przyjemnych. Dominują eksponowane nieubezpieczone odcinki. Idziemy wolno, bo każdy błąd może zakończyć się bardzo długim lotem. Osobiście nie chciałbym przechodzić tędy podczas deszczu, gdy skała jest śliska. Wreszcie docieramy do wierzchołka i oddychamy z ulgą, ale niestety chmury nie pozwalają nam się w pełni rozkoszować się widokami.



Zespół drugi

Przed nami już teraz tylko zejście w dół, które podobno ma zająć nam dwie godziny. Po zaciągnięciu języka u Włochów ruszamy wskazaną przez nich ścieżka. Po kilkuset metrach spotykamy drugi polski zespół tego dnia –ojca z synem. Dochodzą do nas boczną ścieżką, z której się wracali –mają przewodnik Pascala, który okazuję się jeszcze mniej dokładny od naszego. Od tej chwili idziemy razem, trawieni wątpliwościami czy  wybraliśmy właściwą drogę. Mgła ograniczają widoczność i cały czas zastanawiamy się czy idziemy we właściwym kierunku.

Podczas zejścia nawiązuje się rozmowa, goście przechwalają się gdzie to nie byli, jakie ferraty zrobili i jakie mieli czasy. Ogólnie bardzo koloryzują, ale o tym jak bardzo przekonamy się dopiero później.

Zespół trzeci

Cały czas idziemy po płaskowyżu, cały czas mamy ograniczoną widoczność i cały czas nie wiemy czy idziemy dobrze. Gdy za zakrętu wyłaniają się dwaj mężczyźni to oczywiście pytamy ich o drogę. Krótka rozmowę po angielsku przerywa, dochodząca do nich dziewczyna, która zwraca się do kolegów po polsku. To już trzeci polski zespół tego dnia -a dotychczas podczas dwóch wyjazdów spotkaliśmy tylko jednego rodaka. Niestety oni też nie wiedzą za bardzo gdzie są. 

Idziemy dalej, aż w końcu docieramy do szlaku nr. 647 który zaczyna nas wreszcie kierować w dół. Początkowo szlak nadal jest łagodny, ale po kilkuset metrach staje się stromy. Musimy zatrzyma się na dłuższa chwilę, bym mógł ubrać usztywniacze na oba kolana –bez nich nie mogę schodzić. Ojciec i syn, którzy nam towarzyszyli do tej pory postanawiają iść dalej, my ruszamy dopiero po około 10 minutach. Ścieżka jest stroma, więc nie idę szybko, ale po kilkuset metrach udaje się nam ich przegonić -a oni szli cały czas.  Chwile wcześniej chwalili się, jakie mieli mocne czasy, w szczególności na zejściach. I po co tak koloryzować?

W pewnym momencie zejścia decydujemy się wysłać, Jendrasa przodem -jest z nas najszybszy i uważamy, że pojedyncza osoba łatwiej złapie stopa. Szlak kończy się w połowie drogi do Passo Sella, a drałowanie asfaltem nie uśmiecha się nam za bardzo. Schodzimy dalej ścieżką przez las, ale zaczynają zbierać się nad nami ciemne chmury, a po chwili zaczyna padać. Zastanawiam się przez chwilę i w końcu podejmuję szybką decyzję, kurtka przeciw deszczowa zostaje w plecaku. Przy ok. 25 stopniach ciepła skuteczność odprowadzania potu przez membranę jest marginalna, a ja jednak wolę być mokry od deszczu niż od potu. 

Na szczęście to był tylko przelotny deszczyk i szybko znów wychodzi słońce. Po dotarciu do drogi czekamy może 5 min i pojawia się Jendras. Teraz już tylko zjazd do Arabby i wymarzony prysznic. Łącznie w górach byliśmy 7-8 godzin, z tego ok. 3 to była via ferrata reszta to zejście. Siedząc pod namiotem i czkając na, aż jedzenie się podgrzej przechodzi mi przez glowę myśl –pierwszy zespoł polski pewnie jest jeszcze w górach, a jeżeli ich tempo nadal jest takie słabe to pewnie zejdą ze szlaku już po zmroku… 

Powiem szczerze nie polecam nikomu ferraty delle Mesules, po prostu zejście z niej jest nie współmierne do radości którą daje sama ferrata. Dodatkowym minusem jest bardzo słabe ubezpieczenie, części szlaku prowadzącej na Piz Selva. Przeszedłem już w życiu kilka, ferrat ale to była pierwsza, na której się zawiodłem.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz