piątek, 27 maja 2011

Dolomity – przygotowania.


Z planami bywa zwykle tak, że niewiele z nich wychodzi. W ciągu roku od wypadu na Orlą, straciłem zupełnie kontakt z Badasiem, a Jendras z powodów finansowych zrezygnował. Za to starsze pokolenie podchwyciło temat -Ojciec, Słoń i Heniek, mimo że stateczni panowie po pięćdziesiątce to mocno zapalili się do tego pomysłu. 

Na etapie planowania wyjazdu korzystaliśmy z przewodnika „Dolomity – najpiękniejsze via ferraty” autorstwa Pascala Sombardier-a. Książka ta zawiera dokładny opis ponad 40 dróg, ułożonych od najłatwiejszej do najtrudniejszej. Niestety, o czym przekonaliśmy się już pierwszego dnia, czasy przejścia podane w opisach są całkowicie nierealne. Nigdy nie udało się nam nawet w przybliżeniu osiągnąć takiego tempa jak autor, mimo że do wolnych nie należymy. Kolejnym minusem jest to, że Pan Pascal nie określił ile zajmuje dojście do ferraty, przez co każde wyjście w góry było wielką niewiadomą.




Jeżeli chodzi o sprzęt, to każdy z nas miał podstawowe wyposażenie wspinaczkowe, więc pozostawała tylko kwestia lonży. Po konsultacjach ze znajomymi i przeczytaniu sporej ilości informacji na temat rozwiązań sklepowych, zdecydowaliśmy się na samoróbkę opartą o płytkę Kisa. Wybraliśmy taki wariant głowinie dlatego, że oryginalne lonże w większości posiadają zszywany absorber, co powoduj, że są jednorazowego użytku. Powstaje pytanie w takim wypadku jak kontynuować drogę po odpadnięciu? Na niektórych forach internetowych były głosy, że właściwie powinno się mieć drugą zapasową lonże w plecaku…. 

 Nasza lonża. Te karabinki dodane tylko do zdjęcia, normalnie używamy innych.


Jako cel naszego wyjazdu obraliśmy Dolomity Wschodnie, a jako punkt biwakowy kamping w miasteczku Misurina. Droga z Krakowa w ten rejon zajęła nam trochę ponad 10 godzin jadąc przez Czechy i Austrie. Po dojechaniu na miejsce przeżyliśmy szok termiczny. Z domu wyjeżdżaliśmy ubrani w szorty, a na miejscu było około 4 stopni ( ok. 18 wieczór, lipiec). Okazało się, w kilka godzin przed naszym przyjazdem skończyły się ulewy trwające od kilku dni –co zaowocowało znacznym spadkiem ilości turystów w rejonie. My na szczęście przez cały czas mieliśmy dobrą pogodę.



wtorek, 24 maja 2011

Orla Perć

Tak jak ostatnio pisałem po nie udanym wypadzie na Matterhorn, zapadła w domu decyzja, że Alpy to nie dla starszego pokolenia. Szczególnie, że dla Ojca i  Henia była to już drugą nieudana próba. Cóż z logistycznych powodów pozostały mi tylko Tatry, przynajmniej na  pewien czas.

A jak Tatry to wiadomo Orla Perć – szlak do powtórzenia którego przymierzałem się kilka lat. Wreszcie w lipcu 2008 roku podjęliśmy spontaniczną decyzję  -jedziemy za tydzień na Orla. Sześć dni później siedzieliśmy już w pociągu do Zakopanego. My to znaczy ja, Badaś i Jendras.  Plan był prosty: przyjeżdżamy po południu do Zakopca, posiłek w barze Fis, kolejka na Kasprowy, nocleg na podłodze w Murowańcu i wyjście z samego rana szlakiem w kierunku Świnicy. Niestety na miejscu dowiedzieliśmy się że podłogi nie sprzedają, a miejsc w pokojach nie ma. Szczęśliwie okazało się że jest wolny namiot na taborzysku. Po tak spędzonej nocy z rana ruszyliśmy na Orlą.

Orla jaka jest każdy wie, szczególnie w wakacje. Tłok, kolejki, niedzielni turyści. Poruszaliśmy się żółwim tempem. Główną atrakcją była grupa Słowaków używających sprzętu jak na ferratach -powodowali ogromy zator. Tak stojąc w kolejce z Koziej Przełęczy, zgadaliśmy się z gościem dla którego Orla była tylko zaprawą przed ferratami. Tam właśnie pośród tego tłum ludzi zapadła kolejna spontaniczna decyzja- za rok do Włoch…. O tym, co z tego wyszło innym razem.  

Ja i Jendras
 

No to zaczynamy

Pierwszy post, korki od szampana strzeliły :) Od kilku lat pomysł na blog o tematyce górskiej kiełkował w mojej głowie i dziś udało mi się wreszcie zmotywować, żeby zacząć pisać.

Na początek kilka słów o mnie. Przygodę z górami zacząłem jako dzieciak zabierany przez rodziców w góry. Później przyszło liceum i pierwsze wypady z kumplami- na pierwszy ogień poszły Rysy, później powłóczył się człowiek trochę po Tatrach i innych górach w Polsce. Pierwszy kontakt z górami wyższymi miał być piękny- Matterhorn w drugiej klasie LO niestety auto odmówiło posłuszeństwa pod Monachium i musieliśmy wrócić. Po tym niepowodzeniu ojciec stwierdził, że już jest za stary na Alpy i temat dłuższych  zagranicznych wyjazdów nie powrócił przez kilka lata, aż do 2009 roku, ale o tym później...