niedziela, 4 października 2015

Piz da Lech de Boe

Na ostatnią z tegorocznych ferrat wybraliśmy drogę Piz da Lech de Boe  (wszelki  skojarzenia z obecną formą Lecha Poznań całkowicie przypadkowe). Jest to szlak na wierzchołek o tej samej nazwie, wznoszący się na wschodnim krańcu grupy Sella i górujący nad Corvarą. Miejsce startu według naszego przewodnika to dolna stacja wyciągu krzesełkowego Crep de Monte nieopodal Passo di Campolongo. Zatrzymujemy się tam i po rozmowie z niezbyt rozgarniętym pracownikiem wyciągu, decydujemy się na zjazd do Corvay, ponieważ między wyciągiem Crep de Monte a Vallon, który ma dowieść nas pod ferratę jest 30 min podejścia. Kolejka z Corvary jest jednak niemiłosiernie droga (bodajże 12 euro w jedną stronę + opłata za parking 5 euro), wracamy więc na mikro parking pod wyciągiem (który jest już cały zapchany - my wciskamy nasz samochód miedzy ogrodzenie a barierki sprężyste) i za 3,5 euro wyjeżdżamy na górę. Po 30 min podejścia nartostradą pakujemy się do wyciągu Vallon, który za kolejne 4,5 wywozi nas na górę. Za cenne 7,5 euro oszczędzamy sobie około 750 m podejścia. 




Od górnej stacji kolejki do początku ferraty podchodzimy 20 min. Na podejściu mija nas niemiecka rodzina - wszyscy idą już w całym szpeju oprócz kasków. No właśnie kaski, gdy my ubieramy uprzęże i lonże na starcie ferraty, wśród Niemców trwa walk o ubranie kasku córce. Trwa to długo, ale kończą niestety przed nami i pierwsi wchodzą na ferratę.


Niestety pierwszy niewysoki próg skalny (ten na zdjęciu powyżej), okazuje się dla nich prawdziwym wyzwaniem. My po 10 minutach oglądania ich wysiłków decydujemy się obejść próg bokiem i po chwili ruszamy szybko właściwym już szlakiem. 



Droga nie jest bardzo trudna, według mnie takie B/C, ale dostarcza dużo frajdy. Mijamy niewielki mostek i dochodzimy do kluczowego fragmentu, czyli dwóch drabin.





Niby drabiny to zwykle łatwa sprawa, ale te są mocno eksponowane i kończą się w nieprzyjemny sposób - jakby nie klamra po lewej stronie to wyjście z nich byłoby mocnym przeżyciem. Dalej idziemy przez ciąg półek, który doprowadza nas do piarżyska, a to z kolei po chwili zmienia się w grań szczytową. Za plecami mamy piękny widok na Piz Boe, a w prześwitach miedzy skałami na lewo od grani widzimy schronisko, pod którym kończy się Brigata Tridentina.
 


Siedząc tak pod krzyżem na szczycie i kontemplując widoki, wszędzie widząc miejsca i drogi które już odwiedziliśmy, nasuwa mi się myśl, że czuje się bardziej u siebie w tych górach niż w Tatrach. Krótką przerwę umilamy sobie zamienieniu kilku słów ze starszym małżeństwem rodaków, którzy szczyt  Piz da Lech zdobili od drugiej strony, drogą którą my zaczynamy schodzić. Podczas schodzenia naszym zaskoczonym oczom ukazują się drabiny, a na nich napotkana na początku niemiecka rodzina. Myśleliśmy, że dali sobie spokój na pierwszym progu, a oni wolno, ale nieustępliwie prą do przodu, co prawda w odchudzonym trzyosobowym składzie, ale jednak. Bez żadnych niespodzianek wracamy do górnej stacji wyciągu Vallon, którym za 3 euro zjeżdżamy w dół, a dalej już na piechotę wracamy do parkingu.


Ferratę Piz da Lech de Boe zaliczam do jednych z ciekawszych jakie pokonałem. Trasa jest średnio trudna, ale urozmaicona. Jeżeli korzystamy z wyciągów całą drogę można zrobić w ok 3h nie spiesząc się zbytnio, co daje fajną ferratę na niepewną pogodę (zwłaszcza, że zejście jest proste - jeden niewysoki próg z klamrami), albo na lżejszy dzień w górach. Log ze Sports Trackera zaczyna się od dolnej stacji wyciągu Vallon i tam też się kończy (zastanawialiśmy się czy jednak nie podchodzić) i jest do zobaczenia tu.



4 komentarze:

  1. super zdjęcia, uwielbiam takie klimaty :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałe widoki. Chociaż te drabiny trochę mnie przerażają ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Urwisko z drabinami wygląda konkretnie. Gratuluję kolejnej fajnej ferraty :)

    OdpowiedzUsuń