niedziela, 27 lipca 2014

Via ferrata Cesco Tomaselli

Po pierwszym dniu, który nie ułożył się nam tak, jak chcieliśmy na następny cel wybieramy ferratę  Tomaselli, jednocześnie postanawiamy przenieść się do Canazei, gdyż w tamtym rejonie podobno jest mniej śniegu w górach (obejście Sorapis pozostaje niezdobyte kolejny raz). Pakujemy się szybko i ruszamy dobrze nam znaną, przepiękną drogą przez Cortinę d'Ampezzo na Passo Falzarego. 



Przełęcz ta łącząca Cortinę z Bolzano, podczas  Pierwszej Wojny Światowej była miejscem zaciekłych walk pomiędzy Austriakami i Włochami. Do dziś na zboczach okolicznych gór można znaleźć pozostałości po tym burzliwym okresie historii rejonu. My właśnie jedną z takich pamiątek - ferratę Galleria del Piccolo Lagazuoi - wykorzystujemy, by dostać się na niewielką przełęcz Travenanzes, z której to zaczyna się właściwe podejście pod ferratę Tomaselli. Każdy kto przyjeżdża na Passo Falzarego i planuje zmierzyć się wyjść na Punta di Fanis Sud, musi wybrać jeden z trzech wariantów dostania się na wspomnianą przełęcz. Pierwszym jest kolejka na szczyt Lagazuoi i potem zejście, ja osobiście ciesze się, że nie wybraliśmy tej opcji, ponieważ całe, dość strome zbocze, którym musielibyśmy schodzić pokryte było śniegiem i lodem. Druga możliwość to podejście szlakiem nr 402, które jest dość monotonne. Ostatnia opcja to właśnie Galleria del Piccolo Lagazuoi, jest to ferrata "tunelowa" w całości poprowadzona wykutymi przez żołnierzy sztolniami, pozwalającymi szybko wspiąć się 400m w górę. 


Ruszamy z parkingu na przełęczy Falzarego i po około 30min docieramy do wejścia do sztolni. Po drodze zbaczamy ze szlaku, by zrobić zdjęcia pierwszowojennym okopom. Wyciągamy czołówki i wkraczamy do podziemnego świata, który jest naprawdę rozległy, w wielu miejscach chodniki rozgałęziają się i tworzą prawdziwy labirynt. Spotykamy liczne tablice informujące co w danej sali się znajdowało, a w jednej z pieczar urządzona jest nawet mini ekspozycja. Pobieżne poznanie tego podziemnego muzeum i dotarcie do wylotu sztolni zajmuje nam prawie półtora godziny.





Tak w sztolni mieszkali żołnierze

Okopy u wylotu sztolni

Po wyjściu, chwili odpoczynku i odpaleniu sports tracker-a, przez chwile próbujemy znaleźć szlak, by szybko się poddać (sporo śniegu) i po prostu iść trawersem przez gołoborze na przełęcz Travenanzes. Z tego miejsca ruszamy szlakiem 20b w stronę ferraty. Idziemy po mokrym śniegu, który szybko przemacza mi i Słoniowi buty, dodatkowo nie do końca pewni jesteśmy wyboru drogi, bo znaki są niewidoczne, a tyczki leżą w wytopionych miejscach. Na szczęście po 1h 20 min docieramy wreszcie do początku ferraty, koło którego widać kolejną wojenną pamiątkę - ciąg starych, drewnianych drabin.


Początkowe metry drogi opisywane są jako jeden z kluczowych momentów - trawers pozbawiony stopni. Rzeczywiście łatwo nie jest (szczególnie, że skała wilgotna), ale na szczęście nie taki diabeł straszny jak go malują i bez większych problemów pokonujemy ten odcinek.



Trochę więcej problemów dostarcza mi lekko przewieszone wyjście z nyży, usytuowane mniej więcej w połowie ferraty. Zbliżające się chmury, lekka mżawka i grzmoty w oddali skutecznie jednak motywują mnie do szybkiej wspinaczki. Jestem tak rozpędzony, że właściwie nie zauważam trudności w trzecim z kluczowych momentów ferraty - rysie kończącej. Ewentualnie istnieje tu jeszcze jedna możliwość - przebieg drogi został nieznacznie zmieniony tak, by omijać trudności podczas ostatniej wymiany poręczówek. Do dziś nie wiem czumu to zawdzięczam, ale fragment ten nie sprawił mi trudności, za to przyniósł sporo frajdy. Udało mi się sporo odsadzić resztę ekipy i teraz po mniej niż półtora godziny walki siedzę samotnie na szczycie Punta di Fanis Sud (2 980m n.p.m) i kontempluje widok na najpiękniejszą z Tofan  - Tofanę di Rozes. Patrząc na jej olbrzymią ścianę wspominam nasz pierwszy wyjazd w Dolomity i piękną ferratę Giovanni Lipella.


Punta di Fanis Sud
Niestety nim Janusz ze Słoniem osiągają szczyt, wszystko zakrywają chmury, które motywują nas do szybkiego rozpoczęcia schodzenia. Trasa zejściowa prowadzi ferratą nazywaną Punta Fanis Sud (lub też Punta Sud di Fanis albo Tomaselli NE), ale niezależnie od tego jak ta droga się nazywa nie należy do przyjemnych. Spore trudności, połączone z deszczem, który dopada nas po kilku minutach od rozpoczęcia schodzenia sprawiają, że musimy iść wolno uważając na każdy krok. Na szczęście dość szybko przestaje padać, a sama ferrata nie należy też do długich, więc po kilku meczących chwilach kontynuujemy zejście w stromym, ale już prostszym terenie. Chmury są wyżej i z oddali dostrzegamy Tre Dita (trzy palce), turnie wykute przez żołnierzy w czasie wolnym od drążenia sztolni, przez którą obecnie poprowadzona jest ferrata Lippela.

Tre Dita
Na środku widoczny stromy żleb, którym przyszło nam schodzić
Dalsze zejście jest proste i monotonne, jedyną atrakcją są płaty śniegu przekraczane po drodze i zastanawianie się czy idziemy dobrą drogą - oznakowanie jest fatalne, na szczęście mamy dobrą widoczność. W pewnym momencie Janusz zaczyna śmiać się ze Słonia, że mu się but rozleciał - rzeczywiście pomiędzy podeszwą a bokiem buta jest pokaźna dziura, lecz gdy Janusz robi kilka kroków widzę, że jego prawy buty jest w niewiele lepszym stanie... Mimo tych problemów po 8h i 2 min meldujemy się znowu przy samochodzie. Szybko zjeżdżamy do Canazei, gdzie na kampingu wita nas jak zwykle miła obsługa, ale też deszcz i niezbyt optymistyczne prognozy na następne dni...

Via ferrata Cesco Tomaselli jest wartą do odwiedzenia pozycją dla każdego bardziej doświadczonego miłośnika ferrat. Głównymi jej zaletami są piękne widoki, trudności podnoszące adrenalinę, niedawno wymienione poręczówki i możliwość dojazdu kolejką. Sporym minusem jest na pewno możliwość zejścia ze szczytu tylko jedną drogą (via ferrata Punta Fanis Sud), która w złych warunkach pogodowych robi się mocno nieprzyjemna. Czytałem, że Tomaselli jest popularną ferratą,  na której można często spotkać tłumy, nam na szczęście udało się być całkiem samym.

Via ferrata Galleria del Piccolo Lagazuoi nie powinna nikomu sprawić większych problemów, a dość ciekawą propozycją jest wyjazd kolejką linową na szczyt Lagazuoi i powrót na przełęcz właśnie tą drogą. Fragment, który my szliśmy nadaje się właściwie nawet dla dzieci (spotkaliśmy dzieciaki na oko 10-letnie), ale nie wiem, jak wygląda teren pomiędzy wylotem sztolni a górną stacją kolejki.

Na koniec jak zwykle mapka z zaznaczeniem, że program został włączony dopiero po przejściu sztolni.



3 komentarze:

  1. Super relacja, ciekawe to przejście tunelem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja na Tomaselli to raczej się nie porwę w przyszłości, jeżeli będzie mi dane jeszcze raz pojechać w Dolomity. Szkoda, że nie ma więcej zdjęć z samej ferraty :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogoda nas nie rozpieszczała niestety i staraliśmy się jak najszybciej zejść na dół, stąd niewielka ilość zdjęć.

      Usuń