czwartek, 27 lutego 2014

The Dublin Mountains Way Part 1

Ostatnio szczęście mi nie dopisywało jeżeli chodzi o górskie wędrówki, bo jak miałem wolne to padało, albo leżałem w łóżku lecząc kolejne przeziębienia i grypy. Teraz mam nadzieję, że z nadejściem wiosny i przeziębień będzie mnie i słonecznych dni więcej, więc może uda mi się więcej tej Irlandii poznać. Korzystając właśnie z jednego z pogodnych dni wybrałem się na przejście połowy Dublin Mountains Way. Jak sama nazwa wskazuje jest to szlak wiodący przez Góry Dublińskie, zaczynający się w Shankill i prowadzący do Tallagh, jego długość to 40km, a czas przejścia podawany jest na 17h - w terenie oznaczany jest przez słupki z żółtym symbolem spacerującego turysty. 

Terenowe oznaczenie Dublin Mountains Way
 Początkowo myślałem o przejściu całego szlaku za jednym zamachem, ale po lekturze kilku wpisów w necie, decyduje się na podział szlaku na dwa dni, dodatkowym ułatwieniem jest to, że środek wypada na "mojej" górze, czyli na Two Rock. Na pierwszy ogień idzie mniej ciekawy odcinek pomiędzy Shankill a Three Rock, który w dużej mierze biegnie asfaltami. Wychodzę z domu dosyć późno, bo o 11 (zaspałem) i szybkim krokiem kieruje się w stronę gór. Jest piękny słoneczny dzień, niestety silny chłodny wiatr daje się we znaki, zbawieniem okazuje się dojście do linii drzew, które rosną gdzieś w połowie zbocza Three Rock. Po prawie godzinie siadam wreszcie przy skałach od których wzięła się nazwa szczytu. Wokół rozciąga się piękna panorama, ale nie cieszę się długo widokiem, bo silny wiatr sprawia, że szybko robi się chłodno. 



Pocieszony faktem, że osiągnąłem już najwyższy punkt tego dnia i droga stąd już tylko w dół, ruszam ścieżką przez las w poprzek zbocza, pozdrawiając nielicznych napotkanych turystów, jednym z nich okazuje się nasz rodak, który przez dłuższą chwile opowiada mi o miejscach, które warto zobaczyć w Dublinie i okolicach. O niektórych już wiedziałem, inne są dla mnie nowością, więc słucham uważnie w pamięci notując nazwy, by w przyszłości móc poznać jak najlepiej otaczający mnie kraj. 


Po miłej pogawędce ruszam szybko dalej i po chwili dochodzę do grobowca klinowego (wedge tomb) - jest to typowy dla Irlandii rozdaj grobów. Jego nazwa wzięła się od kształtu komory grobowej, która zwęża się w jednym kierunku (zwykle wschodnim). Groby tego typu budowane były w okresie późnego neolitu i brązu 2500-2000 lat p.n.e, powstawały zwykle na zboczach gór, na ok. jednej trzeciej wysokości, a do czasów obecnych przetrwało około 500-550 takich budowli. 





Po dokładnym oglądnięciu Ballyedmonduff wedge tomb, wracam na szlak, delektując się pięknymi widokami, nie zauważam znaku i muszę wrócić się kilka metrów. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że jeszcze nigdy w życiu nie korzystałem z patentu do przekraczania ogrodzeń, widocznego na zdjęciu poniżej i nie spodziewałem się, że szlak będzie poprowadzony przez czyjeś pastwisko. 


Mostek nad ogrodzeniem.


Teraz niestety, na dłuższy czas przyjdzie mi porzucić leśne ścieżki i wyjść na asfalt, zgodnie z tym co czytałem w sieci przed rozpoczęciem wędrówki idę malowniczo położonym, ale wąskimi i niebezpiecznymi ulicami (całkowity brak pobocza na wielu odcinkach), cały czas uważając na nadjeżdżające samochody (kilku kierowców proponuje podwiezienie).  


Szybko docieram do wioski Glencullen, w której położony jest słynny Johnnie Fox's Pub, który został założony podczas powstania irlandzkiego w 1798 roku i który był miejscem spotkań rebeliantów w czasie  Powstania Wielkanocnego w 1916r. Ponad to w niektórych, źródłach można spotkać stwierdzenie, że to najwyżej położony pub w Irlandii - co jest dementowane przez innych właścicieli pubów. Ja natomiast jedno wiem na pewno, przechodząc koło niego smakowite zapachy dolatujące z kuchni spowodowały, że zgłodniałem. 



Po minięciu Glencullen, człapie dalej asfaltem, mijając mniej lub bardziej malownicze wioski i cały czas uważam, żeby nie skończyć pod kołami samochodów - na szczęście ruch nie jest specjalnie duży. 



W pobliżu lasu Barnaslingan moim oczom ukazuje się niecodzienny w Irlandii widok - stok narciarski. Z informacji znalezionych w necie, jest to własność Ski Club of Irleand i w miejscu tym można od września do kwietnia cieszyć się urokami białego szaleństwa na igielicie.


Wreszcie znów zagłębiam się w cichy i spokojny las, co jest wytchnieniem dla moich kolan. Początkowo szlak pnie się spokojnie do góry, by doprowadzić mnie do kilku odsłoniętych i nasłonecznonych skałek, z pięknym widokiem, na których zresztą robię krótki prostuj na skromny posiłek.



Dalej idę po pofałdowanym zalesionym terenie, zbaczając na chwilę ze szlaku by wyjść na szczyt Carrickgollogan, z którego roztacza się piękna panorama okolicy, wraz z moim dzisiejszym celem - końcowym przystankiem zielonej linii tramwaju zwanego przez miejscowych Luas-em.


Carrickgollogan, widziany z dołu.

I widok z Carrickgollogan na estakadę, która jest końcem lini Luas-a.

Po przejściu kilkuset metrów szlak znów prowadzi asfaltem, by po chwili znów odbić w las. Ja jednak nadkładam trochę drogi, by obejrzeć Puck's Castle, który jednak jest znacznie mniejszy i mniej okazały niż oczekiwałem.



Podążam dalej w dół przez Rathmichael Wood, aż do rozstaju dróg na którym decyduje się pożegnać z Dublin Mountains Way. Podyktowane jest to tym, że szlak prowadzi dalej asfaltem i doprowadzony jest do Brady’s pub (jakie to irlandzkie), ja jednak wole dojść nie do pub-u tylko do przystanku.

Na tym rozstaju porzucam ostatecznie Dublin Mountains Way
Z mapy wynika, że nieopodal Rathmichael Church, zaczyna się droga którą powrócę na łono cywilizacji, by do niej dojść przechodzę przez rozmiękłe pastwisko, zapadając się w błoto po kostki i przeskanuje przez zamkniętą bramę oszczekiwany przez psy, które na szczęście są za ogrodzeniem. Równie zajadle szczekający pies krzyżuje moje plany przyjrzenia się dokładniej ruinom kościoła. Koniec końców, na tym skrócie nie wyszedłem za dobrze, zyskując około 30min, które i tak muszę w domu poświęcić na czyszczenie butów z błota.

Ruiny Rathmichael Church widziane od strony pastwiska

Ruiny Rathmichael Churchod strony drogi (pies był większy niż na to wygląda :)
Idąc dalej dochodzę wreszcie do cywilizacji, skręcając w boczny chodnik jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przenoszę się z wiejskiej okolicy do centrum biznesowego. Przechodzę tamtędy brudny i zmęczony akurat w takim czasie, by przez szyby oglądać rzesze facetów w garniturach czekających niecierpliwie na wybicie piątej i koniec dnia pracy.


Tak jak się spodziewałem ta część Dublin Mountains Way, którą opisywałem idąc niejako pod prąd była umiarkowanie ciekawa, ponieważ w dużej mierze wiodła asfaltowymi drogami. Asfaltu było chyba nawet 50% tego dnia, dla tego nie wybrałbym się drugi raz na tą wycieczkę. Nie zmienia to faktu, że warto odwiedzić takie miejsca jak Barnaslingan Wood, Glencullen i Ballyedmonduff wedge tomb (wspomniany przeze mnie grób klinowy). Na koniec by tradycji stało się zadość wykres z mapką przejścia - mapka.


2 komentarze:

  1. Ciekawe krajobrazy. Chwilami czuję się jak na równinach Mazowsza, potem jestem w Beskidach a wreszcie trafiam w rejon Orlich Gniazd. I to wszystko podczas jednej wycieczki.
    Fajna relacja, pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krajobraz był naprawdę strasznie zmienny, ale najfajniejsze jest to, że cała wycieczka była właściwie na przedmieściach Dublina. Od zjazdu z autostrady do Glencullen jest 7min autem, a to dwa całkowicie inne światy.

      Usuń