niedziela, 29 kwietnia 2012

Zdążyć przed długim weekendem.


W co trudno uwierzyć o Głównym Szlaku Beskidzkim dowiedziałem się dopiero niedawno. Przypadła mi do gustu ta idea, ale niestety czas kilku miesięcznych wakacji odszedł już bezpowrotnie. Z braku wystarczającej liczby wolnych dni stwierdziłem, że przejdę sobie ten szlak po kawałku, prawdopodobnie rezygnując z kilku mniej ciekawych odcinków.


Złożyło się tak szczęśliwie, że w kwietniu skumulowało mi się klika dni wolnego, więc spokojnie mogłem pomyśleć nad dłuższym wyjazdem. Początkowy plan był taki, że w środę jadę do Ustronia i aż do piątku pędzę górami jak najdalej. Musiałem jednak dokonać pewnej korekty, ponieważ moja narzeczona Klusia postanowiła do mnie dołączyć, a ona miała czas dopiero od czwartku. Tak więc 26.04 o 5:10 wyjeżdżamy busem do Skoczowa, a stamtąd kolejnym docieramy do Ustronia.


Początek GSB znajduje się przy dworcu PKP Ustroń Zdrój, dalej idziemy przez miasto w stronę Równicy. Podejście wiedzie przez las i jest monotonne. Po drodze mijamy Kamień Ewangelików, jest to niezwykły leśny ołtarz przy którym w latach 1654-1709 protestanci odprawiali nabożeństwa. Czerwone znaki nie wyprowadzają nas na szczyt Równicy a jedynie na podszczytową polanę, ale szczerze mówiąc nie wiem po co tu weszliśmy. Jest to miejsce strasznie zurbanizowane (można tu dojechać asfaltową drogą) i całkowicie pozbawione górskiego klimatu.Nie zatrzymujemy się nawet na chwilę i od razu zaczynam schodzić do Ustronia Polany.

Kamień Ewangelików



Ustroń Polana jest miejscem, gdzie zaczyna się strome podejście pod Wielką Czantorię. Sam szczyt jest zalesiony, ale znajduje się na nim wieża widokowa, z której zresztą korzystamy.


Dalej nasz szlak prowadzi granicą Polsko-Czeską i jest stosunkowo płaski. Jest już dobrze po południo a my stajemy się coraz bardziej głodni. Gdy dochodzimy do schroniska Stecówka decydujemy się  na obiad. Kupujemy sobie po schabowym z frytkami i szczere powiedziawszy to był błąd - porcja jest bardzo mała a kotlet nie jest smaczny.


Po krótkiej przerwie ruszamy dalej w stronę Wielkiego Stożka i po około 1h 20min porządnie zmęczeni meldujemy się w schronisku. To już koniec wędrówki na dziś,wynajmujemy przyjemny pokój z przepięknym widokiem i szybko zasypiamy.



W piątkowy ranek budzimy się i leniwie wyruszamy na szlak, nie musimy się nigdzie spieszyć, ponieważ planujemy dojść dziś jedynie do przełęczy Kubalonka, oddalonej zaledwie o 2h od schroniska. Po drodze mijamy wychodnie skalne -zbudowane z gruboziarnistego piaskowca.



Za wierzchołkiem Kiczora szlak jest wielu miejscach przegrodzony przez połamane drzewa co sprawia, że bardzo ciężko jest się nim poruszać. Trochę lepiej jest za przełęczą  Łączecko, ale właściwie na całej drodze do Kubalonki spotykamy powalone drzewa.



Z przełęczy Kubalonka zjeżdżamy autobusem do Wisły, a tam łapiemy bezpośredni autobus do Krakowa. Z okna autobusu oglądamy tłumy jadące na długi weekend - my jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że mogliśmy cieszyć się ciszą i samotnością na szlaku. Udało nam się przejść niezły kawałek i porządnie zmęczyć, Klusia po raz pierwszy spała w schronisku, a ja pierwszy raz od dawna byłem w Beskidzie Śląskim. Natomiast z negatywnych rzeczy to zdecydowanie Równica i obiad w schronisku Stecówka.



sobota, 14 kwietnia 2012

Przygotowanie przed wyjazdem w góry cz. 2

Dziś wcześniej zapowiadana druga część odpowiedzi na maile o moim przygotowaniu przed wyjazdem w Dolomity. Ostatnio pisałem jak pracuje nad kondycją, teraz czas na charakterystykę sprzętu.

Podczas wyjazdu korzystamy z namiotu Hannah Troll, który waży 3,8 kg. Sprzedawca zachwalał go jako namiot czteroosobowy, ale właściwie jest on trzy i pół osobowy. Oznacza to, że śpiąc w 4 osoby nie zostaje już w środku miejsca na bagaże. Poza tym namiot sprawdza się bardzo dobrze, nigdy nie było problemu z kondensacją ani z przemakaniem. Zdażyło mi się spać w nim nawet podczas mocnych burz i zawsze budziłem się suchy (raz tylko przez podłogę przesiąknęło kilka kropli, ale to nasza wina, bo rozbiliśmy się na wylocie rynny). Na ścianach bocznych sypialni umieszczone są kieszonki z siatki w których można umieścić sporo drobnych przedmiotów. Na szczycie jest kółeczko do zawieszenia latarki, a niżej można rozwiesić półkę na coś lekkiego. Przedsionek jest strasznie mały i mieszczą się w nim właściwie tylko buty. Niewątpliwą zaletą jest cena, jak się dobrze poszuka można wyhaczyć go na promocji  za mniej niż 300zł. Poniżej dwa zdjęcia poglądowe z pierwszego rozbicia, zaraz po zakupie - namiot nie przyszpilony.



Przed pierwszym wyjazdem stanąłem przed problemem braku śpiwora. Spodziewałem się, że przyjdzie mi spać w dosyć wysokich temperaturach (w końcu środek wakacji, Włochy), szukałem lekkiego, typowo letniego śpiwora. Zakupiłem odpowiadający moim wymaganiom na znanym portalu aukcyjnym, ale na skutek błędu sprzedającego otrzymałem śpiwór Milo Tanami 1400, o wadze  1525g (rozmiar L) i zakresie temperatur -18/-2/3/16 . Cenna tego modelu była dwa razy wyższa od tego, który wybrałem i za który zapłaciłem, a sprzedający nie chciał zwrotu ani dopłaty, więc koniec końców, został u mnie ten dość ciepły worek. Na początku bałem się, że się w nim ugotuje, ale już pierwsza noc w górach rozwiała moje wątpliwości – noce w Dolomitach bywają chłodne, czasem temperatura spada nawet poniżej zera.  Śpiwór ten ma kształt mumii, posiada zamek dwustronny, kołnierz i listwę termiczną, kieszonkę na dokumenty i specjalna kieszeń w kapturzę na poduszkę. Materiał wewnętrzny to Nylon, jego wadą jest to, że po wejściu do środka jest nieprzyjemnie chłodny, ale w przeciwieństwie do bawełny nie brudzi się łatwo, nie łapie zapachu i szybko schnie. Pomimo wielokrotnego używania nie nosi żadnych znaczących objawów zużycia i jestem z niego bardzo zadowolony. 

Milo Tanami 1400 zaraz po wyjęciu z worka kompresującego.
 Od ostatniego wyjazdu wymieniłem dotychczas używana karimatę na mate samopompujacą. Głównym czynnikiem, który skłonił mnie do tej decyzji jest fakt, że mata zajmuje mniej miejsca podczas transportu, a dodatkowo jej zaletą jest większy komfort snu. Osobiście postawiłem na 3cm produkt z JYSK. 

Źródło: www.jysk.pl

Oczywiście na każdy wyjazd zabieramy apteczkę, w której oprócz zwykłych plastrów, bandaży, wody utlenionej, znajdują się  żelowe plastry na obtarcia, przeróżne maści na bóle mięśni i stawów, środki przeciwbólowe itp. Jeżeli używa się namiotu warto zabrać ze sobą jakiś stolik turystyczny i krzesła, bo na włoskich polach namiotowych nie ma miejsc do siedzenia. Nie można również zapomnieć o kuchence – my korzystamy z dość wiekowego palnika na kartusze przebijane. Jemy oprócz francuskich racji żywnościowych i MRE US Army zwyczajne gotowe dania w słoikach np. gołąbki, pulpet, gulasz itp.

Na każde wyjście w góry zabieram plecak o pojemności ok. 30l, w którym spokojnie mieszczą się dwie półtoralitrowe butelki  z wodą + bidon, trochę jedzenia, folia NRC i kurtka przeciwdeszczowa, a na podejściach jeszcze lonża, uprząż (sam dół) i kask. Kask jest niezbędny, ponieważ na szlaku często latają kamienie rożnych wielkości.  

Jako kurtkę przeciwdeszczową używam obecnie The North Face Resolve , opartą na membranie HyVent, która jest  lekka i zajmuje mało miejsca w plecaku.  Jej krój jest dosyć obszerny (jak to w ciuchach z USA), ale bardzo wygodna. Największą wadą kurtki jest kaptur, a właściwie brak jego regulacji, o ile gdy ma się kask na głowie wszystko jest ok, to jeżeli zakłada się go na gołą głowę to opada na oczy.

Właśnie tak kaptur spada na oczy.
Mój ubiór składa się z bielizny termoaktywnej, cienkiego polaru z Decathlon-a (który często ląduje w plecaku), długich spodni przeciwdeszczowych Milo Olin. Na ferraty zawsze ubieram skórzane rękawiczki rowerowe, by ochronić ręce przed zranieniem na wystających włóknach lin. 
Milo Olin to moja ulubiona pozycja w outdoorowej szafie. Są to spodnie na membranie Aquatex o parametrach wodoszczelności powyżej 10.000mm/H2O oraz oddychalności na poziomie 10.000g/m2/24h. Używam ich w górach  przez cały rok z wyłączeniem upalnych, letnich dni. Doskonale sprawdzają się na nartach w zimie, jak również podczas wiosennych i jesiennych wędrówek, zakładam je nawet w chłodniejsze  letnie dni. Niestety po  3 latach intensywnego używania membrana na tyłku i kolanach przestała już istnieć. 

Milo Olin
Po Dolomitach chodzę w butach Alpinus Zeno, które maja Vibramowa podeszwę i membranę Hydrotex. Szczerze powiedziawszy, jak bym teraz miał kupować, to raczej szukałbym jakiegoś modelu bez membrany, bo jednak zdarzyło mi się mocno zapocić stopy, ale to moje osobiste preferencje (dyskusję czy buty powinny mięć membranę czy nie można porównać do sporów na temat wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą). Ogólnie jestem z nich zadowolony: podeszwa dobrze trzyma nawet na mokrej skale, nie obtarły mnie nigdy (bardzo). Jest to już moja druga para, ponieważ w pierwszej po jednym wyjeździe puściły szwy od gumowego otoka, jednak po interwencji u producenta (sklep w którym kupowałem chciał mnie zbyć), dostałem całkiem nowe, które służą mi już 2 lata. 

Żródło: http://www.sklep-presto.pl
Dodatkowo z uwagi na problemy z kolanami na podejściach i przede wszyskim na zejściach, używam kijków trekingowych Salewa Adventure. Szczerze powiedziawszy nie jestem z nich zadowolony, z uwagi na to, że system blokowania jest mało trwały. 

Moje kijki.
   O przewodniku i lonży z których korzystam pisałem już wcześniej – w tej kwestii nic się nie zmieniło.



niedziela, 8 kwietnia 2012

Przygotowanie przed wyjazdem w góry.

W odpowiedzi na kilka maili z zapytaniem jak wyglądały moje przygotowania przed wyjazdem na via ferraty, postanowiłem napisać dwa posty, bo pytacie zarówno jak budowałem kondycję, jak również co warto ze sobą zabrać. Ten post jest o przygotowaniu od strony treningowej, następny to krótka charakterystyka sprzętu z którego korzystam/y.
Zwykle przed wyjazdem w góry nie przygotowywałem się wcale, wystarczała moja zwykła codzienna aktywność. Pierwszy raz musiałem robić coś ekstra rok temu, ponieważ od dawna prowadzę siedzący tryb życia, ale szczerze powiedziawszy skopałem sprawę. Po pierwsze zacząłem przygotowania za późno (w dwa tygodnie cudów się nie osiągnie), poza tym mój trening był zbyt jednostronny. Moją główna formą aktywności był basen, do tego kilka razy chodziłem po schodach przez kilkadziesiąt minut. Na pewno było lepiej niż jak bym wstał bezpośrednio za biurka, ale i tak brakowało mi sił. 
W tym roku mam ambitniejszy plan, który realizuje od jakiegoś czasu. Na początek (w marcu) zacząłem biegać - trzy razy w tygodniu po 30min (docelowo ma być 45). Kilka dni temu przeprosiłem się z siłownią i trenuje planem ogólnorozwojowym 2 razy w tygodniu. Ponad to piłka, średnio raz w tygodniu po ok. 90 min. Po świętach do tego wszystkiego dołożę basen raz w tygodniu. 
Oczywiście nie tylko treningiem człowiek żyje i uważam, że najlepiej kondycje przed wyjazdem w góry robić właśnie w górach. Więc staram się spędzać tam jak najwięcej czasu (którego niestety brakuje), ale co najmniej raz w miesiącu można mnie spotkać na szlaku. 
Jeżeli chodzi o przygotowania stricte na via ferraty, tu proponowałbym wspinaczkę. To najlepszy sposób, by obyć się ze skałą i wysokością. 

Mam nadzieję, że taki trening wystarczy i w tym roku w Dolomitach (oczywiście jeżeli pojedziemy), nawet długie ferraty nie będą sprawiać mi problemów.

PS.

Znajomy polecał mi jeszcze jazdę na rowerze, podobno bardzo dobrze poprawia kondycję jak się jeździ co najmniej 30 km tygodniowo. Na chwilę obecna osobiście nie próbowałem, więc nie ustosunkuje się do tego stwierdzenia.