niedziela, 30 grudnia 2012

Jaskinia Mylna

Pogoda w tym miesiącu nas nie rozpieszcza i zamiast pięknej zimy mamy odwilż. W tej sytuacji postanawiamy z Klusią  wyruszyć nie w góry, ale pod ziemie, do Jaskini Mylnej, która leży w Dolinie Kościeliskiej. Droga z Krakowa przebiega prawie bezproblemowo, tylko na wjeździe do Zakopanego natrafiamy na korek. Auto zostawiamy w Kirach i ruszamy na spotkanie z przygodą, oczywiście po wcześniejszym zapłaceniu myta na bramce. Pogoda jest nieciekawa - mgła, śnieg i temperatura w okolicach zera, co sprawia, że strome podejście pod otwór wejściowy jest śliskie i nieprzyjemne. Robimy sobie krótki postój, by coś przekąsić i ubrać kaski, a po chwili wchodzimy już do środka. Niestety mgła sprawia, że przez Okna Pawlikowskiego nic nie widać. Niezrażeni tym pokonujemy pierwsze obniżenie i wchodzimy do właściwej jaskini.     


niedziela, 23 grudnia 2012

Życzenia

Wszystkim czytelnikom życzę spokojnych, wesołych, rodzinnych Świąt. A w 2013 dużo zdrowia, udanych wypadów i tyle samo wyjść co powrotów.

Qho


piątek, 21 grudnia 2012

Camelbak

Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą camelbak jest potoczną nazwą bukłaków na wodę połączonych z rurką umożliwiająca spożywanie płynów bez konieczności użycia rąk. To miano również stosowane jest do plecaków, w których przenosi się rzeczony bukłak. Nazwa pochodzi od firmy Camelbak, która jako pierwsza zaczęła produkować ten system na potrzeby armii. Dopiero później firma weszła na rynek cywilny i doczekała się licznych naśladowców.

Ja od dłuższego czasu zastawiałem się nad zakupem camelbaku, ponieważ zwykle dużo piję podczas wysiłku, a dotychczas  każde sięgnięcie po bidon wiązało się z przerwą, co z kolei czasem drażniło niektóre osoby z mojego towarzystwa. W końcu tegoroczny Mikołaj się nade mną zlitował i przyniósł mi  Forclaz 2l z Decathlon-a, nazywany przez producenta kieszenią na wodę. Jak sama nazwa wskazuje bukłak ten ma pojemność 2l (co jak dla mnie w zupełności wystarcza), rurkę o długości 100cm i ustnik, który pozwala pić dopiero po jego nagryzieniu, dodatkowo duży otwór ułatwia napełnianie i mycie. Producent pisze, że w kieszeni można używać wszystkich napojów niegazowany i żeli z wyjątkiem alkoholi i soków owocowych. 


niedziela, 9 grudnia 2012

10 Krakowski Festiwal Górski

Kończy się właśnie weekend, który stał pod znakiem dziesiątej edycji Krakowskiego Festiwalu Górskiego. Ja od paru lat staram się zajrzeć tam choć na chwilę, by poczuć jego specyficzną atmosferę i poszerzyć horyzonty. 

źródło: www.kfg.pl

Pierwszy punkt programu, na który się wybrałem z Klusią (żona) i Słoniem, był to wykład pod tytułem "Via ferraty - specyfika, zagrożenia, dobór sprzętu", prowadzony przez Janinę Wrzak. Sala, w której się odbywał niestety była za mała dla wszystkich chętnych i część nie została wpuszczona. My siedzieliśmy na schodach. Sam wykład był dość ciekawy i prowadził do konkluzji, że najlepsze są lonże z absorberami działającymi na zasadzie tarcia (czyli np. takie jakich my używamy). Później chcieliśmy iść na pokaz filmów freeridowych, ale gdy doszliśmy pod salę okazało się, że wszystkie miejsca są zajęte i nie ma szans żeby wejść. Stwierdziliśmy, że zrealizujemy plan B i pójdziemy na płatny blok filmowy, a później na prelekcję Steva Housa, ale jak się okazało na sali głównej też brakło już miejsc, a w kolejce po bilety stało jeszcze ok 30 osób. W tej sytuacji pokręciliśmy się trochę po kiermaszu sprzętu i pojechaliśmy do domu.

W niedzielę, nauczeni doświadczeniem z dnia poprzedniego pojechaliśmy na prelekcję Bernadette McDonald, dużo wcześniej. Trafiliśmy nawet na końcówkę zawodów w Boulderingu. Jednak tym razem ludzi było znacznie mniej. Prelekcja według mnie była ciekawa a została poprzedzona wstępem Wojtka Kurtyki. Później zostaliśmy jeszcze na równie ciekawe spotkanie z Arturem Hajzerem i Januszem Gołębiem poświęcone pierwszemu zimowemu wejściu na Gasherbrum I. Na tym skończył się nasz udział w tegorocznym KFG, na następny musimy znów czekać cały rok.


piątek, 30 listopada 2012

Pilsko

Jako, że mamy chyba ostatnie podrygi jesieni postanowiłem tak na zakończenie sezonu wybrać się na Pilsko. Jest to najwyższy po Babiej Górze szczyt Beskidu Żywieckiego, co samo w sobie czyni go ciekawym, a dodatkowo wiele słyszałem o pięknych widokach z wierzchołka.


Wyjechaliśmy z Krakowa o 7 i po mniej niż dwóch godzinach spokojnej jazdy dotarliśmy do Korbielowa. Niestety nie wiedzieliśmy, gdzie zaczyna się szlak, sklepikarka zaleciła nam podjechać pod wyciąg i podchodzić nartostradą. Miałem złe przeczucia, ale posłuchaliśmy rady, zaparkowaliśmy na polanie Strugi i zaczęliśmy podchodzić. Na Halę Miziową dotarliśmy po godzinie i piętnastu minutach, ale dawno podejście nie dało mi tak w kość - było bardzo stromo, błotniście i do tego podmuchy lodowatego wiatru utrudniały marsz.

Widok z bufetu w schronisku na hali Miziowej.
Po dłuższej przerwie w schronisku, połączonej ze śniadaniem (kwaśnica i żurek bardzo dobre) ruszyliśmy dalej. Mimo, że góra broniła się jak mogła przy pomocy zimnego porywistego wiatru po ok 45 min byliśmy na szczycie, który leży po słowackiej stronie granicy. Widoki rzeczywiście były piękne, ale nie zdecydowaliśmy się na dłuższy postój, bo chciało nas zwiać. Do samochodu schodziliśmy około godziny.



Cała wycieczka choć forsowna i utrudniona przez wiatr, była bardzo przyjemnym akcentem na zakończenie urlopu i owocnego sezonu.

wtorek, 27 listopada 2012

Barranco de Masca

Ehh czas powrócić do życia po spóźnionych tegorocznych wakacjach, które były jednocześnie podrożą poślubną. Ten czas poświęciłem przede wszystkim na leniuchowanie i nabieranie masy -niekoniecznie mięśniowej:) Mimo to miałem plan, żeby trochę (nie za dużo) po górach pochodzić. Jako, że na Teneryfie znajduje się wulkan Teide, który jest najwyższym szczytem Hiszpanii, liczyłem że uda mi się pobić rekord wysokości. Niestety brzydka pogoda w dzień na który mieliśmy zezwolenie na wejście zniechęciła nas do tego pomysłu, ale wykonaliśmy plan B i udaliśmy się do wąwozu Masca (Barranco de Masca).



czwartek, 15 listopada 2012

Ucieczka na szczyt - Bernadette McDonald


Tym razem post będzie nie o górach ale o książce. Książce, która niezmiernie mnie zaciekawiła, jest to "Ucieczka na szczyt" napisana przez Bernadette McDonald. Pozycja ta opisuje złotą erę polskiego himalaizmu lat siedemdziesiąty i osiemdziesiątych, widzianą oczami postronnego obserwatora i adresowana jest do ludzi którzy nie żyli w szarej rzeczywistości PRL-u. Autorka tłumaczy mechanizmy które wykorzystywali dla osiągnięcia swoich celów bohaterowie, jak również rysuje tło historyczne kształtujące ich modele zachowań


Ja jako, że urodziłem się w drugiej połowie lat osiemdziesiątych czytałem tą książkę jak powieść historyczną, która niezmiernie mnie zainteresowała. Za to ciekaw byłem reakcji Ojca, który do lektury startował z całkowicie odmiennej pozycji -żył w tamtych realiach, wszystkie te wydarzenia działy się na jego oczach, znał niektórych bohaterów z Klubu Wysokogórskiego, pracował w tamtym czasie na wysokościach. Nie mniej jednak jemu również spodobała się ta pozycja, dla tego mogę ją z czystym sercem polecić zarówno tym starszym jak i młodszym pasjonatom gór.  


poniedziałek, 29 października 2012

Ferraty szwajcarskie.

Jakiś czas temu dość przypadkowo natrafiłem na filmik o via ferracie Rostock na Eigerze, później zacząłem szukać innych ferrat w Szwajcarii i kilka mnie zaciekawiło. Jednak przez dłuższy czas nie udało mi się znaleźć żadnych anglojęzycznych opisów tych dróg (o polskich nawet nie wspominam), wszystkie informacje był po niemiecku, a nie jest to mój ulubiony język. Dopiero niedawno udało mi się trafić na stronę MySwitzerlan.com na której, (niestety tylko w wersji międzynarodowej) znajdziemy  opisy wielu atrakcji Szwajcarii w tym również via ferryty.

Tu jedna z perełek, która strasznie mi się spodobała:


A tu link z opisem drogi na polecanej stronie: http://www.myswitzerland.com/en/


sobota, 27 października 2012

Bieganie.

Nie jestem jakimś ekspertem od biegania, powiem nawet więcej nie lubię biegać, dłuższe bieganie po prostu mnie nudzi. Niemniej jednak siedząca zmianowa praca wprowadziła deficyt aktywności fizycznej w moim życiu -przez rożne godziny pracy sport drużynowy odpada (oczywiście regularnie). Z tego powodu zwróciłem się w stronę najprostszej formy wysiłku czyli bieganiu, (nawet jak jestem w domu na 22 mogę bez przeszkód iść pobiegać).

Gdy zaczynałem w marcu, miałem spory problem z bólem łydek i kolan. Ból był na tyle silny, że uniemożliwiał dalszy bieg po około 5min. Skonsultowałem się w tej sprawie z kolegą, który biegał w klubie przez kilka lat. Poradził mi żebym zaczął od marszobiegu, na początek minuta biegu i minuta marszu i tak przez 30 min, a potem stopniowo wydłużał czas biegu aż dojdę do 15, następnie już tylko kroczek do zrezygnowania z przerwy pomiędzy seriami i możemy biec pełne 30min. Taki trening pomógł mi przyzwyczaić organizm do wysiłku co pozwoliło uniknąć bólu. Teraz też stosuje ten plan, wracając do biegania po skręceniu nogi.

PS.
Kolega poradził mi również, żebym starał się biegać po miękkiej nawierzchni.

czwartek, 11 października 2012

Maciejowa -od tyłu.

 Przez ostatnie dni rekonwalescencji nie mogłem już wysiedzieć w domu, ale musiałem oszczędzac nogę na weselny pierwszy taniec. Teraz jestem już po więc cały czas zastawiałem jak się wyrwać z Krakowa przynajmniej na chwilę. Jako, że noga jeszcze boli przy wysiłku znajoma doradziła mi wyjść na Maciejową od "tyłu", a nie najpopularniejszym czerwonym szlakiem z Rabki. Do mojego pomysłu przyłączył się Słoń  i we dwóch rano (nie tak całkiem bo o 9) autem  wyjeżdżamy do Rabki,  a tam po 40 min oczekiwania przesiadamy się na busa do Olszówki. Z pętli idziemy stromą drogą asfaltową, wzdłuż żółtych znaków.

wtorek, 9 października 2012

Ślub, ślub i po ślubie.

Ostanie kilka tygodni pewne wydarzenie bardziej zaprzątało mój umysł niż działalność górska był to ślub, ale nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego jakby to nie był mój własny ślub:) Na szczęście jestem już po i mam nadzieję, że ta decyzja nie wpłynie negatywnie na moją pasję. 



niedziela, 23 września 2012

Chwila przerwy.

Chcąc nie chcąc mam chwilę przerwy w życiorysie:) Na szczęście jedynie 10 dni, mam tylko nadzieję że potem szybko będę mógł wrócić na szlak. 

czwartek, 20 września 2012

Czerwona Ławka

Czerwona Ławka (po słowacku: Priečne sedlo) to nazwa, która od dłuższego czasu krążyła mi po głowie. Wyobraźnię rozpalało to, że szlak ten jest uznawany za najtrudniejszy na Słowacji, spotkałem się nawet ze stwierdzeniem, że jest trudniejszy od Orlej Perci. W tym tygodniu po kilkakrotnym przesuwaniu terminu wyjazdu wreszcie udaje mi się tam wybrać, razem ze mną zabiera się jeszcze rekonwalescent Słoń.Wyjeżdżamy z domu o 5 rano, a w Starym Smokowcu jesteśmy koło 7:30, gdy dochodzimy do dolnej stacji kolejki na Hrebienok okazuj się ze właśnie odjechała. Musimy czekać na następną, prawie 30 min i na górze jesteśmy 8:10. Po śniadaniu ruszamy w stronę Chaty Teryho -czas na znaku 2h 45min.

Panorama doliny Pięciu Stawów Spliskich
Mimo złapania zadyszki na progu skalnym, przy Terynce jesteśmy po 2h 15min. Pogoda jest wspaniała, widoki prześliczne, szczerze powiedziawszy kocham to miejsce. Pokochałem je od pierwszego wejrzenia, gdy 3 lata temu, doczłapałem do schroniska w deszczu i mgle. Robimy sobie dłuższą przerwę, by zjeść tutejszy specjał cesnakową polievkę (zupa czosnkowa, z grzankami i serem).

W głębi doliny próg skalny a na nim Terynka
Ponownie na szlak wracamy po 30 min, kierujemy się znakami żółtymi, przejście do  Schroniska Zbójnickiego ma planowo zająć 3h. Szlak ten jest jednokierunkowy, początkowo pnie się ostro w górę, by potem zejść na dno małej dolinki, z którego rozpoczyna się ostateczne podejście pod Czerwoną Ławkę. Po około godzinie od wyjścia ze schroniska stajemy wreszcie przed początkiem łańcuchów. Jest to podobno najdłuższy ciąg łańcuchów w Tatrach. My przez większość drogi nie korzystamy właściwie ze sztucznych ułatwień, tylko idziemy bezpośrednio po skale - robimy to po to, by ominąć kolejkę ludzi którzy, radzą sobie słabiej niż my.


Na przełęczy zatrzymujemy się tylko by napić się wody i schodzimy dalej do Zbójnickiej Chaty, przy której jesteśmy po 2h 30 min od wyjścia z Terynki. Tu robimy około 30 min przerwę i ruszamy spokojnie dalej do górnej stacji kolejki. Koło domykamy po 7h 30 min, czyli z czasem lepszym od tego na znakach o 30 min, co bardzo cieszy.

Zbójnicka Chata wyłania się za skał.
Muszę przyznać że pomimo pięknych widoków czuje się rozczarowany, szlak był ciekawy, ale spodziewałem się większych trudności. Porównanie Czerwonej Ławki i Orlej Perci, jest tak samo pozbawione sensu jak porównywanie siły naszej marynarki wojennej do słowackiej. 

niedziela, 16 września 2012

Podsumowanie

Wyjazd zdecydowanie można uznać za udany, pogoda dopisała i udało nam się zrealizować zakładane cele. Po raz pierwszy byliśmy tak mobilni, dotychczas działaliśmy zwykle z jednego kempingu, tym razem zwiedziliśmy aż trzy. Zobaczyliśmy jak wyglądają ferraty w Austrii i teraz mamy porównanie. Jednocześnie udało nam się wreszcie zmierzyć z superferratą Constantini, która nas rozczarowała z powodu braku poważnych trudności technicznych. Dlatego nadal uważam za najtrudniejszą ferrate którą zrobiłem Cesare Piazzetta.

Widok z kempingu w dzień wyjazdu.
Uważam że pod względem kondycyjnym byłem bardzo dobrze przygotowany do wyjazdu. Siłowe fragmenty pokonywałem bez większych problemów, a na podejściach wreszcie nie ustępowałem reszcie.

Na koniec jak zwykle trochę wykresów z Sports Trackera, niestety z Constantini nie mamy, ponieważ w połowie trasy program się zawiesił, a Jendras tego nie zauważył.

Dei Finanzieri cała trasa od górnej stacji kolejki Ciampac.
http://www.sports-tracker.com/#/workout/pmarcinek/70j1qf1kab7glmnu

Ferraty Cellonstollen, Weg ohne Grenzen (Senza Confini), Steinergerweg - na wykresie ładnie widać odcinek, który niepotrzebnie przechodziliśmy w dwie strony. 
http://www.sports-tracker.com/#/workout/pmarcinek/v3g1o644mklgat60

ÖTK Klettersteig - jedynie ta jedna ferrata, na Galitzenklamm nie włączaliśmy nawet komórki.
http://www.sports-tracker.com/#/workout/pmarcinek/vjr5et64cqsds5rm

PS.
Udało się nam ciekawie zastosować chińskie zupki. Połączyliśmy makaron z kilku opakowań, lekko podsmażoną szynkę konserwową i sos do spaghetti, co dało pożywne i smaczne danie. Do tego piwo i obiad jak w najlepszej restauracji:)

Składni w trakcie przygotowywania...

 i już gotowe danie.


piątek, 14 września 2012

Galitzenklamm & ÖTK Klettersteig

Na drugi dzień w Austrii wybieramy dwie dość krótkie, ale ciekawe ferraty Galitzenklamm i ÖTK Klettersteig. Zastanawiamy się długo w jakiej kolejności je przejść i ostatecznie ustalamy, że zaczniemy od Galitzenklamm mimo że jest krótsza. Nasza decyzja podyktowana jest tym, że za wejście do wąwozu Galitzenklamm pobierana jest opłata, a my nie znamy jej wysokości. Postanawiamy, że jeżeli będzie drogo wracamy na kemping, pakujemy się i po drodze do domu zrobimy jeszcze ÖTK Klettersteig, a jeżeli cenna będzie ok, to idziemy na dwie ferraty i zostajemy jeszcze jeden dzień. Na miejscu okazuje się, że wejściówka to 4,5 euro, więc nie jest źle.

Jedna z atrakcji w wąwozie Galitzenklamm
Idziemy dnem wąwozu obserwując jego ściany, które w licznych miejscach pokryte są poręczówkami i wiszącymi mostami. Niestety w naszym przewodniku mamy opis tylko ferraty Galitzenklamm. Jest to spowodowane tym, że pozostałe szlaki powstały już po jego wydaniu (najnowsza frrata ma niecały miesiąc). Po dłuższym zastanowieniu podejmujemy decyzję żeby nie zmieniać planu i zrobić tylko opisany szlak, chociaż pozostałe opcje kuszą niezmiernie.

Widok z mostku rozpoczynającego jedną z nowych ferrat w wąwozie Galitzenklamm.
Sama ferrata Galitzenklamm nie jest specjalnie trudna, ale biegnie malowniczym wąwozem i jest poprowadzona w ten sposób, by dostarczać licznych wrażeń. W wielu miejscach są sztuczne ułatwienia w postaci metalowych prętów i klamer, a po drodze przechodzimy przez dwa trójlinowe mostki. Jedynym minusem są rzesze turystów, oglądające nasze poczynania z drewnianego pomostu powyżej. Po około godzinie zabawy wracamy do samochodu i ruszamy w stronę ÖTK Klettersteig.





Po drodze zatrzymujemy się jeszcze na chwilę żeby zobaczyć ruiny rzymskiego miasta Aguntum.

Ruiny bramy miejskiej w Aguntum.



Po krótkiej przerwie jedziemy już bez zbędnych postojów dalej, aż do mostu nad potokiem Pirkner Bach, gdzie zostawiamy samochód. Miejsce to jest o tyle dziwne, że nie ma tu parkingu (pierwszy raz podczas naszych wszystkich wyjazdów na ferraty) i auta stoją po prostu koło drogi. Szybko pokonujemy 15-minutowe podejście, którego przewyższenie to całe 10m i za Starym Młynem schodzimy do koryta potoku, który poprowadzona jest ferrata.

Stary Młyn
 Farrata jak to zwykle w Austrii bywa "szuka" trudności, dlatego na początek wychodzimy na ogromny blok skalny, zamiast go po prostu ominąć. Po pewny czasie dochodzimy do plątaniny mostów linowych, za którymi pokonujemy kolejne bloki. W końcu naszym oczom ukazuje się olbrzymi, kamienny mur z wodospadem. Wychodzimy na niego po miejscami mokrej, ale dobrze ubezpieczonej skalnej ścianie.



 

Następnie przekraczamy potok i idziemy dalej dnem wąwozu, aż do ostatnich już poręczówek, które pokonujemy dość szybko, mimo że są lekko przewieszone na początku. Teraz już tylko pozostała nam droga przez las do samochodu i powrót na kemping na ostatni wieczór w Austrii.


Uważam, że zarówno Galitzenklamm jak i ÖTK Klettersteig są drogami wartymi polecenia, które dostarczają bardzo dużo radości i zabawy. Niestety z powodu łatwej dostępności są bardzo popularne; do wąwozu Galitzenklamm należy wchodzić jak najwcześniej - my byliśmy tam od razu po otwarciu kas o 9 i szliśmy prawie sami, ale jak już schodziliśmy na początku szlaku ustawiała się kolejka.


wtorek, 11 września 2012

Ferraty Cellonstollen, Weg ohne Grenzen (Senza Confini), Steinergerweg.

Tak jak ostatnio pisałem pożegnaliśmy się z Włochami i przenieśliśmy naszą działalność do Austrii. Za bazę wypadową posłużył nam kemping Falken w Lienzu, który w porównaniu ze znanymi nam włoskimi obiektami tego typu cechuje się wyższym standardem przy podobnych cenach. Via ferraty w Austrii też różnią się od tych włoskich. Przede wszystkim można tu znaleźć wiele szlaków nie wymagających długich i męczących podejść. Zejścia również nie są długie i zwykle szlak poprowadzony jest w ten sposób, by bez problemu wrócić do miejsca startu. 

Na pierwszy dzień w Austrii wybieramy ciąg ferrat Cellonstollen, Weg ohne Grenzen i Steinergerweg. Są to szlaki położone powyżej przełęczy Plockenpass i prowadzą na szczyt Frischenkofla. Z naszego kempingu do przełęczy leżącej na granicy Austrii i Włoch mamy ok 50km, które szybko przejeżdżamy, auto zostawiamy na parkigu przy końcu galerii przeciw lawinowej i zaczynamy podejście do pierwszej ferraty.



Początek to wyjście na dach wspomnianej wcześniej galerii przeciwlawinowej i podejście stromą ścieżką przez las. Jest bardzo wilgotno, duszno i nie ma czym oddychać, co powoduje, że pomimo niewielkiej długości podejście (15min) do wejścia do Cellonstollen dochodzimy lekko zziajani. Sama ferrata jest prosta, wiedzie długą sztolnia w której oświetlenie według mnie jest niezbędne pomimo dość częstych otworów ( Ojciec szedł bez czołówki z własnego wyboru).




Poręczówki po wyjściu ze sztolni.

Po wyjściu ze sztolni, krótka poręczówka wyprowadza nas na dużą półkę porośnięta kosówką. Gubimy szlak pośród zarośli i dochodzimy do początku jakiejś ferraty. Niestety nie znamy jej nazwy, muszę zejść około 50 m do rozwidlenia szlaku, by zorientować się gdzie jesteśmy. W tym czasie reszta ekipy fotografuje sobie świstaki buszujące pomiędzy kamieniami.




Na rozwidleniu spotyka mnie niemiła niespodzianka - na tabliczce są tylko dwie nazwy Senza Confini i Steinergerweg, a my szukamy ferraty Weg ohne Grenzen. Z opisu przewodnikowego wynika, że powinśmy kierować się na  Steinergerweg aż do momentu pojawienia się tabliczki na naszą ferratę - co prawda początek Senza Confini, który wyłania się z chmur mniej wiecej pasuje do opisu naszej drogi, ale nie jesteśmy pewni. Gdy zastanawiamy się co robić, dochodzi do mnie dwóch Niemców, którzy po krótkiej rozmowie wyjaśniają mi, że poiwniśmy iść dalej w stronę Steinergerweg. Przekazuje reszcie te informacje i ruszamy płaską ścieżką we wskazanym kierunku.

Gdy dochodzimy do początku Steinergerweg wiemy, że coś jest nie tak. Po dokładnym zilustrowaniu przewodnika dowiadujemy się, że Weg ohne Grenzen i Senza Confini to ta sama ferrata tylko każda nacja ma na nią własną nazwę. Cofamy się, tracąc około 15 min na bezsensowne bieganie tam i z powrotem. Gdy dochodzimy do początku ferraty ponownie spotykamy Niemców, których pytaliśmy się o drogę, wycofują się ze ściany tłumacząc się niepewną pogodą (rzeczywiście jest gęsta mgła), ale widać po nich że trudności ich po prostu przerosły.


Pierwsze metry ściany to nieco krucha rynna, z której przechodzi się na stromą płytę, na której zamontowane są liczne sztuczne ułatwienia. Dalej wchodzimy już w gęstą mgłę, a trasa poprzez niewielki kominek wyprowadza nas na wąską eksponowaną grań. Poręczówki poprowadzone są (chyba specjalnie) tak że, co kawałek musimy przechodzić z ich jednej na drugą stronę.Poruszamy się sprawnie i szybko, dochodzimy w końcu do kluczowego momentu ferraty - stromej skośnej rysy, która jest typowo siłowym fragmentem. Dalej idziemy już bez większych trudności granią  aż do resztek pierwszowojenych umocnień, które kończą ferratę. Właściwie w tym miejscu kończą się poręczówki, bo sama ferrata kończy się wcześniej w dziwnym miejscu.





Za mną kluczowy mną ferraty.
Tym razem opaczność nad nami czuwa i udaje nam się dostrzec oznaczenie ferraty Steinergerweg, co nie jest łatwe z uwagi na gęsta mgłę. Szlak ten jest nieprzyjemny z powodu masy luźnych kamieni, które spadają z każdym naszym krokiem. W pewnym momencie, zrzucony przez Jendrasa kamień, powoduje niewielką lawinę, która z łoskotem spada w dół - mieliśmy szczęście, że nikogo nie było niżej. Dalej jest już lepiej, ferrata zmienia się w górską ścieżkę na której w wielu miejscach ubezpieczania są zbędne. Wychodzimy wreszcie z chmur, a po dłuższej chwili dochodzimy do tablicy z nazwą ferraty przy której byliśmy już kilka godzin wcześniej.






Teraz już tylko pozostało nam zejście, zakosami przez łąkę a później lasem do parkingu. Po drodze spotykamy stado owiec, które niestety uciekają przy próbie pogłaskania. Przy samochodzie jesteśmy po 5 h 20min, gdzie czas w przewodniku podany był na 6h 15min. Cały ciąg ferrat na pewno warty jest przejścia, ponieważ dostarcza bardzo dużo zabawy, jest umiarkowanie trudny, a widoki podobno też są cudowne. Wybierając się na te ferraty należy pamientać że w terenie nie wystepuje nigdzie niemiecka nazwa Weg ohne Grenzen, a jedynie włoska Senza Confini.