czwartek, 9 czerwca 2011

Via ferraty Ivano Dibona i Marino Bianchi.

Ferrata Lipella, dała nam mocno w kość, więc stwierdziliśmy, że kolejny dzień poświęcimy na odpoczynek -czyli dwie proste drogi Ivano Dibona i Marino Bianchi. Żeby dostać się do schroniska Lorenzi, które dla nas jest punktem początkowym dla obu ferrat skorzystaliśmy z wyciągu krzesełkowego Rio Gere, a później z kolejki linowej Son Forca, która dostarcza naprawdę niezapomnianych wrażeń. Jej wagoniki to małe metalowe puszki, do których wchodzi jedna osoba, druga dobiega a obsługa rygluje drzwi od zewnątrz – wszystko w iście ekspresowym tempie. Miejsca są stojące i jest bardzo ciasno, oprócz dwóch osób z trudem mieszczą się jeszcze niewielkie plecaki. Przez całą drogę zastanawiałem się, w jaki sposób uszkodzeniu uległy mijające nas wagoniki (mocno pogięte i z powybijanymi szybami). Czyżby spadające kamienie?

Samo schronisko Lorenzi usytuowane jest bajecznie, z tarasu roztacza się przepiękny widok na morze gór, a w powietrzu niczym mewy szybują Wrończyki Alpejskie.


Schronisko Lorenzi
 
Via ferrata Ivano Dibona ciekawa jest tylko na krótkim fragmencie, później zmienia się w zwykły turystyczny szlak. Za radą znajomej przeszliśmy tylko najciekawszy kawałek (m.i.n. wiszący most), a potem wróciliśmy do schroniska. Następnie planowaliśmy via ferratę Marino Bianchi, niestety kolano nie pozwoliło mi wyruszyć z resztą. W tej sytuacji gdy dziadki męczyły się, ja opalałem się przed schronisku. Kiedy wrócili ferratę opisali, jako dosyć ciekawą widokowo, łatwą, ale strasznie zatłoczoną. 

 Mostek na via ferracie Dibona.

Schronisko Lorenzi widziane z via ferraty Bianchi.

Wieczorem po powrocie do Misuriny, wybraliśmy się na spacer do około tamtejszego jeziora i tak zakończył się dzień trzeci. 

 Lago di Misurina i w tle Sorapiss.
  
Via ferrata Ivano Dibona jako całość jest banalnie prosta, za to Marino Bianchi potrafi dostarczyć emocji, ale jest strasznie zatłoczona.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz