wtorek, 28 czerwca 2011

MRE US Army


Około tydzień po dotarciu paczki z francuskimi racjami żywnościowymi dotarła kolejna, tym razem z MRE US Army. Zakupiłem je za ok. 20 zł sztuka (plus koszty wysyłki). Ich dostępność jest znacznie lepsza niż MRE francuskiego i sprzedawcy mają duży wybór rożnych rodzajów –również występują w wersji wegetariańskiej. Racje dla amerykańskie są przeznaczone na 12h, więc są mniejsze od francuskich.



 US Army MRE

Amerykańska armia prowiant pakuje w wytrzymałem paczki z tworzywa sztucznego, a w ich środku znajdziemy:

-danie głownie,
-podgrzewacz chemiczny,
-porcje chleba albo tortille albo krakersy,
-ciastko albo chipsy,
-łyżkę,
-ser topiony,
-oranżada w proszku,
-przyprawy, gumy do  żucia, papier toaletowy itp.

Poszczególne racje różnią się od siebie dodatkami o wiele bardziej niż miało to miejsce u francuzów. Osobiście próbowałem zestawu nr. 17 -Sloppy Joe.  Niestety nie mam zdjęcia dokładnie tego menu, różnica jest tylko taka, że zamiast chleba w zestawie na zdjęciu są krakersy.

Co do smaku dania głównego pojawiły się rozbieżne opinie pomiędzy piątka osób próbujących, 3 osobą smakowało, a dwie stwierdziły, że okropne. W każdym razie znacznie gorsze niż francuskie. Ciekawy natomiast jest sposób podgrzewania. Wystarczy tylko zalać podgrzewacz chemiczny odrobiną wody, włożyć do pudełka z daniem głównym i po kilku minutach mamy gorący posiłek.

Co do reszty racji to wszystko jest bardzo kaloryczne, zrobione w ten sposób żeby się napchać jak najmniejszą ilością jedzenia, ale smak pozostawia wiele do życzenia. Chleb jest dziwny, mokry (zresztą nazywa się wet bread), ciastko zjadliwe, ale bez rewelacji, za to serek topiony -ohyda. Oranżadę w proszku trafiłem winogronową, zapach i kolor jak płyn do naczyń, za to smak był podobny do soku winogronowego, więc ocena  2,5/5.

Ogólnie walory smakowe amerykańskich racji żywieniowych oceniam znacznie gorzej niż francuskie, ich zaletą natomiast jest mniejsza waga (brak metalowych puszek), ciekawy system podgrzewania i duża dostępność.

PS. 
Jak by kogoś zainteresowało to tu jest recenzja racji brytyjskich -click

 

czwartek, 23 czerwca 2011

Francuskie MRE


Na pierwszy ogień w moich testach poszły francuskie racje żywnościowe. Niestety są one słabo dostępne, na allegro ma je tylko jeden sprzedający i to nie zawsze. Cenna bywa różna, ja kupiłem  za 26zł + przesyłka. Poszczególne zestawy różnią się miedzy sobą daniami na ciepło reszta pozostaje w zasadzie bez zmian. Ja zrecenzuje Menu Nr.11, czyli pasztet leśny, wieprzowina z ziemniakami i danie z kaczki. 


 Francuskie racje żywnościowe.

 
Cała racja zapakowana jest w tekturowe pudełko, waży około 1,7 kg i ma zapewnić ok 3200 kalorii. W środku znajdują się dwie duże puszki, każda po 300g są to dania główne, które podgrzewa się je na dołączonej do zestawu kuchence na paliwo stałe. Po zjedzeniu jednej takiej puszki w połączeniu z sucharami człowiek jest najedzony. Oba dania były bardzo smaczne, wyglądały apetycznie i kusiły zapachem.

Kolejnym elementem racji jest zupka w torebce, taki gorący kubek. Trafiłem na pomidorową i szczerze powiedziawszy najlepsza zupką tego typu, jaką kiedykolwiek jadłem. Jedynym mankamentem to brak w niej jakiegoś dodatku np. grzanek. 

Dalej w pudełku znalazłem dwie mniejsze puszeczki. Pierwsza o masie 125g okazała się budyniem czekoladowym, jak na mój gust ciut za słodkim. Druga mniejsza o masie 78g to normalny, dobry pasztet, bez żądnych fajerwerków. 


Białe duże opakowanie wypełnione jest sucharami. Pakowanymi w pięć paczuszek po cztery sztuki, ich łączna masa wynosi 250g. W opisywanej racji dwie paczuszki są na słodko i trzy na słono. Co do smaku nie mam za dużo do napisania, są po prostu zjadliwe.

Jako uzupełnienie dziennego zapotrzebowania na kalorie armia francuska zafundowała swoim żołnierza trochę słodyczy, czyli batoniki, cukierki gumy do żucia. Tutaj sytuacja jest podobna jak w przypadku budyniu -wszystko ciut za słodkie jak dla mnie, ale ogólnie dobre. 

Ponadto w skład racji wchodzi jeszcze torebka kakao, śmietanka w proszku, herbata, kawa, cukier, przyprawy, chusteczki, zapałki. Ciekawymi dodatkami jest sześć tabletek do uzdatniania wody i oranżada w proszku –po prostu pyszna:)
 
Ogólnie, jedzenie bardzo dobre, można sobie pojeść, naprawdę polecam. Jedyne, do czego można się przyczepić to jak na mój gust sucharów mogłoby być tak o 4 sztuki więcej.

PS.
Test MRE US Army robiłem tu.
A test MRE brytyjskiego tu.
 


poniedziałek, 20 czerwca 2011

Prowiant


Dłuższy wyjazd w góry niesie za sobą pewne problemy z wyżywieniem. Podczas ostatniego wyjazdu w Dolomity boleśnie się o tym przekonaliśmy. Chińskie zupki mogą stanowić jedynie uzupełnieniem diety, ale na dłuższą metę nie da się tego jeść. Natomiast żywność liofilizowana jest po prostu droga, a smak również nie powala.

Z myślą o następnych wyjazdach postanowiłem wypróbować wojskowe rację żywieniowe –MRE (Meal Ready to Eat).  Nie nadają się zbytnio na typowo wędrowne wyjazdy gdzie każdy zaoszczędzony gram jest na wagę złota. Za to na kemping są ciekawą propozycją.

Po lekturze kilku militarystycznych stron wybrałem do testu racje francuskie i amerykańskie. Zrezygnowałem natomiast z polskich i brytyjskich, ponieważ w powszechnej opinii uważane są za niesmaczne. Francuski zestaw jest większy, waży ok. 1,7 kg i ma wystarczyć na 24h, natomiast amerykański jest na 12h. Dokładniejsze recenzje wkrótce:)

wtorek, 14 czerwca 2011

Dolomity –podsumowanie.


Generalnie wyjazd uważam za bardzo udany, mimo że nie udało nam się przejść wszystkiego, co zakładaliśmy. Spędziliśmy 5 dni w pięknej górskiej okolicy. Całe przedsięwzięcie wyniosło nas ok. 450zł, -jechaliśmy w 4 jednym autem, spaliśmy namiocie na kempingu przez wszystkie noce, jedliśmy głównie jedzenie zabrane z Polski. Przeszliśmy następujące via ferraty:

-Innerkofler, ciekawa, z pięknymi widokami, łatwa, doskonała na pierwsze szlify, dosyć zatłoczona,

-Forcelle, ferrata będąca kontynuacja via ferraty Innerkofler, 

-Lipella bardzo zróżnicowana, wiedzie zarówno przez sztolnie jak i eksponowany teren, trudności na niej są przeciętne, ale jest kilka odcinków siłowych, jest długa,

-Dibona właściwie to nie ferrata tylko szlak górski, banalnie prosta, 

-Bianchi dosyć ciekawa, poprowadzona w ładnym terenie, krótka ferrata, ale nie polecam jej z uwagi na to, że jest bardzo zatłoczona,

-Giuseppe Olivieri, zdecydowanie najtrudniejsza ze wszystkich dróg, które przeszliśmy podczas tego wyjazdu, momentami bardzo eksponowana, z czystym sercem mogę polecić ją każdemu bardziej zaawansowanemu pożeraczowi ferrat,

-Albino Michielli Strobel szlak nie wymagający długiego podejścia, przeciętny pod względem trudności, monetami dość stromy, warto go przejść nawet tylko dla tego żeby później zjechać piargiem w dół :) 

Po powrocie do Polski wiedziałem jedno –na pewno wrócę jeszcze kiedyś w Dolomity.

Na koniec kilka fotek:



 Mont Paterno


Podejście pod via ferratę Lipella


Tofany w mgle


Kolejki linowej Son Forca



poniedziałek, 13 czerwca 2011

Via ferrata Albino Michielli Strobel

Via ferrata Albino Michielli Strobel to był nasza plan na ostatni dzień wyjazdu. Jej początek jest koło hotelu Fiames na drodze z Cortiny do Dobiacco. Pierwszy odcinek szlaku prowadził przez las, później weszliśmy w kosodrzewinę. Po około godzinie podejścia zaczyna się właściwa ferrata. Przemieszczaliśmy się pomiędzy półkami porośniętymi kosówką, na które wyprowadzały nas strome kominki. Mając duża wprawę zrobiliśmy tą ferratę w ekspresowym tempie i po niecałych 2 h byliśmy na szczycie Punta Fiames.  



Powrót do samochodu to początkowo zwykły górski szlak, który kończy się olbrzymim piargiem. Było to najprzyjemniejsze zejście podczas całego wyjazdu, trochę jak jazda na nartach. Po drodze mijaliśmy ludzi idących tym piargiem w górę, wymagało to naprawdę dużo samozaparcia, bo po każdym kroku obsuwali się połowę jego długości w dół -masakra.



 
Po powrocie na kemping, zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. Ja ledwo chodziłem, Słoniowi rany na nogach się pogłębiły i codziennie faszerował się lekami przeciwbólowymi, Heniu i Ojciec byli w dobrym stanie, ale mocno zmęczeni. Z tych powodów zapadła decyzja, że wracamy, chociaż planowaliśmy zostać jeszcze jeden dzień. Pozostał pewien niedosyt i wiedzieliśmy, że to nasz nie ostatni taki wyjazd. Następnego dnia rano wyjechaliśmy w stronę Krakowa, a wieczorem jedliśmy już prawdziwy obiad.
 
Via ferrata Albino Michielli Strobel jest ciekawa, z ładnymi widokami i niezbyt wymagająca.


sobota, 11 czerwca 2011

Via ferrata Giuseppe Olivieri

Via ferrata Giuseppe Olivieri, była najciekawsza w całym wyjeździe. Wyjechaliśmy z Misuriny w piękny słoneczny, bezchmurny poranek, a Tofany powitały nas gęstą mgła. Tym razem nie powtórzyliśmy błędu z dnia drugiego i podjechaliśmy samochodem pod samo schronisko Dibona. Mgły powoli się podnosiły, gdy przemierzaliśmy drogę do schroniska Pomedes. Kierowaliśmy się znakami z napisem Cima, niestety znów pogorszyła się widoczność i się zgubiliśmy. Spotkaliśmy kilka różnych osób, ale nie potrafiły nam pomóc, aż w końcu dwie młode Włoszki wskazały nam kierunek. Jak się okazało błędny, ale by się o tym przekonać podchodziliśmy około 30 min i dotarliśmy do pionowej ściany. W tym momencie błądziliśmy już dobre dwie godziny i w naszej grupie pojawiły się głosy żeby wracać, ale podjedliśmy jeszcze ostatnią próbę i szczęśliwie trafiliśmy na dwójkę Niemców, którzy wskazali nam drogę, ale wyjaśnili przy tym, że podchodzimy drogą zejściową z ferraty. Było za późno więc kontynuowaliśmy dalej podejście, gubiąc się jeszcze tylko kilka razy. Po kilkunastu minutach doszliśmy do końca ferraty i zaczęliśmy schodzić nią w dół. Mimo, że byliśmy otoczeni przez gęstą mgłę czuć było przestrzeń, wokół nas. Niesamowite wrażenie, chociaż trochę stresujące. Po jakiś 20 min udało nam się wyjść z mgły i zobaczyliśmy, że zmysły nas nie myliły -powietrza pod nogami było naprawdę sporo.


 Wyjście z mgły.


Droga w dół była momentami trudna, ale szło nam sprawnie. Cała ferrata jest bardzo dobrze ubezpieczona, więc można czuć się pewnie, pomimo niektórych trawersów, na których widziało się pod nogami setki metrów przepaści. 




U podnóża ferraty spotkaliśmy największe stado kozic, jakie w życiu widziałem, było ich około 50. Pasły się około 100 m od szlaku i nic sobie nie robiły z obecności ludzi. 


Część stada kozic.


Via ferrata Giuseppe Olivieri jest bardzo ciekawą propozycją, ale wymaga dużego obycia z ekspozycją i pewnej wprawy. Mogę ją polecić z czystym sercem, jedynie należy uważać by nie zabłądzić, podczas podejścia, bo szlak jest słabo oznaczony.


 Początek via ferraty Giuseppe Olivieri


Nie pisałem jeszcze o jednej ważnej kwestii, a mianowicie o wyżywieniu. By obniżyć koszty zdecydowaliśmy się wziąć jak najwięcej prowiantu z Polski. Po konsultacjach z bardziej doświadczonym w takich wyjazdach Słoniem pojechałem na zakupy. Niestety za jego przykładem zakupiłem zapas chińskich zupek dla siebie i Ojca. W przeciwieństwie do niego w ostatniej chwili dokupiłem jeszcze konserwy. Heniu był wyekwipowany podobnie, z tym, że zamiast chińskich zupek miał gorące kubki. Po czterech dniach takiej diety mięliśmy dość i powrocie do Misuriny zdecydowaliśmy się zrobić jajecznice na golonce z puszki. Do końca życia nie zapomnę tego smaku, widoku garnka (nie mieliśmy patelni) napełnionego po brzegi płynnymi jajkami i długiego oczekiwania, kiedy wreszcie będzie można jeść. Smak powiedzmy delikatnie był średni ale o swoja porcje walczył bym do upadłego.


czwartek, 9 czerwca 2011

Via ferraty Ivano Dibona i Marino Bianchi.

Ferrata Lipella, dała nam mocno w kość, więc stwierdziliśmy, że kolejny dzień poświęcimy na odpoczynek -czyli dwie proste drogi Ivano Dibona i Marino Bianchi. Żeby dostać się do schroniska Lorenzi, które dla nas jest punktem początkowym dla obu ferrat skorzystaliśmy z wyciągu krzesełkowego Rio Gere, a później z kolejki linowej Son Forca, która dostarcza naprawdę niezapomnianych wrażeń. Jej wagoniki to małe metalowe puszki, do których wchodzi jedna osoba, druga dobiega a obsługa rygluje drzwi od zewnątrz – wszystko w iście ekspresowym tempie. Miejsca są stojące i jest bardzo ciasno, oprócz dwóch osób z trudem mieszczą się jeszcze niewielkie plecaki. Przez całą drogę zastanawiałem się, w jaki sposób uszkodzeniu uległy mijające nas wagoniki (mocno pogięte i z powybijanymi szybami). Czyżby spadające kamienie?

Samo schronisko Lorenzi usytuowane jest bajecznie, z tarasu roztacza się przepiękny widok na morze gór, a w powietrzu niczym mewy szybują Wrończyki Alpejskie.


Schronisko Lorenzi
 
Via ferrata Ivano Dibona ciekawa jest tylko na krótkim fragmencie, później zmienia się w zwykły turystyczny szlak. Za radą znajomej przeszliśmy tylko najciekawszy kawałek (m.i.n. wiszący most), a potem wróciliśmy do schroniska. Następnie planowaliśmy via ferratę Marino Bianchi, niestety kolano nie pozwoliło mi wyruszyć z resztą. W tej sytuacji gdy dziadki męczyły się, ja opalałem się przed schronisku. Kiedy wrócili ferratę opisali, jako dosyć ciekawą widokowo, łatwą, ale strasznie zatłoczoną. 

 Mostek na via ferracie Dibona.

Schronisko Lorenzi widziane z via ferraty Bianchi.

Wieczorem po powrocie do Misuriny, wybraliśmy się na spacer do około tamtejszego jeziora i tak zakończył się dzień trzeci. 

 Lago di Misurina i w tle Sorapiss.
  
Via ferrata Ivano Dibona jako całość jest banalnie prosta, za to Marino Bianchi potrafi dostarczyć emocji, ale jest strasznie zatłoczona.


wtorek, 7 czerwca 2011

Via ferrata Giovanni Lipella

Drugie dnia zdecydowaliśmy się na ferratę Giovanni Lipella. Wyruszyliśmy samochodem z Misuriny koło 9. Po około 40 min jazdy zaparkowaliśmy na parkingu koło szlaku prowadzącego do schroniska Dibona z dna doliny. To był błąd, jak się później przekonaliśmy bardzo kosztowny. Wyruszyliśmy pełni zapału ścieżką przez las i po około półtorej godzinie forsownego marszu doszliśmy do schroniska Dibona. Na miejscu okazało się, że baz najmniejszego problemu można dotrzeć tam autem, straciliśmy tylko niepotrzebnie siły i czas. Lekko rozdrażnienie ruszyliśmy szlakiem prowadzącą przez piargi do początku ferraty. Czas podejścia 1.5 h, który jest w opisie trochę się wydłużył i po około 2.h stanęliśmy u stup sztolni.


Ostatnie przygotowania przed ruszeniem do sztolni

Z uwagi na to, że panuje w niej całkowita ciemność niezbędne są czołówki. Przejście tej olbrzymiej sztolni nie zajmuje długo, ale budzi podziw dla wytrwałości żołnierzy, którzy pracowicie ją drążyli. Po wyjściu natrafiliśmy na dwa szerokie i strome płaty śniegu kończące się od dołu malowniczą przepaścią. Musieliśmy je przejść w poprzek, ale pojawił się mały problem –Słoń z powodu ran na nogach (otwarte żylaki) nie mógł zakładać przez cały wyjazd butów treningowych używał, więc adidasów. Na płatach śniegu szedł wolno i uważał na każdy krok.

 Słoń przekraczający płat śniegu w adidasach.

Następnie zaczyna się właściwa ferrata -pięknie poprowadzona, eksponowanymi półkami w poprzek zbocza. Zdążały się momenty pionowe, w których przydawały się umiejętności wspinaczkowe.





Gdy doszliśmy do rozwidlenia szlaku byliśmy już solidnie zmęczeni. Pogoda, zaczęła robić się brzydka -wiał lodowaty wiatr i zanosiło się na burze. Ponadto było już znacznie później niż się spodziewaliśmy, wynikało to z całkowicie niepotrzebnego podejścia z dna doliny i nierealnych czasów w przewodniku. W tych okolicznościach zdecydowaliśmy się odpuścić wejście na szczyt i wycofać się szlakiem do schroniska Giussani. Po drodze minęliśmy Tre Dita (trzy palce), turnie wykute przez żołnierzy w czasie wolnym od drążenia wspomnianej wcześniej sztolni.


  Tre Dita -Trzy Palce

Jak się okazało decyzja o wybraniu drogi do schroniska była jak najbardziej właściwa, bo zamiast widniejących w przewodniku 20 min schodziliśmy ponad godzinę – a tępo było zabójcze. Od Rif. Giussani do Rif. Dibona mieliśmy schodzić 40 min, tu na szczęście autor mylił się tylko o około 25 min. Pozostała nam jeszcze tylko droga przez las do samochodu. Niestety podczas zejścia poślizgnąłem się na błocie (akurat jedyny razy podczas całego wyjazdu Słoń pożyczył ode mnie kijki) i przeciążyłem mocno prawe kolano. Z trudem dowlekłem się do samochodu, a ból towarzyszył mi już do końca pobytu i jeszcze długo po powrocie do domu… Tak Minoł dzień drugi, który upewnił nas w przekonaniu, że czasy w przewodniku to bajka. Po długich dyskusjach zapadła decyzja, że rezygnujemy z obejścia Popera i obejścia Sorapiss. Każda z tych ferrat zajęłaby nam dwa dni, a niestety nie byliśmy przygotowani na coś takiego.

Malowniczo położone  Rif. Giussani.

 Via ferrata Giovanni Lipella jest długą ale bardzo zróżnicowaną ferratą, z pięknymi widokami i licznymi eksponowanymi fragmentami, z chęcią wybrał bym się na nią jeszcze raz. 

niedziela, 5 czerwca 2011

Dlaczego nie lubię polskich Tatr.


Tak żeby odpocząć od Dolomitów, post będzie o naszych rodzimych górach. Kilka lat temu powiedziałem, że więcej w polskie Tatry nie pojadę. Złamałem to postanowienie 1 czerwca. Dziewczyna chciała zobaczyć „prawdziwe” góry. Na jeden dzień w dwie osoby trochę nie chciało mi się jechać z Krakowa na Słowacje, więc stwierdziłem, że przełęcz pod Chłopkiem będzie akurat w sam raz. Dodatkowym plusem jest to, że szlak ten jest mało uczęszczany, a chciałem się jej oświadczyć bez zbędnych widzów. Niestety pogoda zepsuła moje plany -złapała nas burza na drodze do Łysej Polany. Na szybko myślałem o jakiejś modyfikacji, stwierdziłem, że zatrzymamy się na Zazadniej i podejdziemy z tamtą na Rusinową Polanę. Trasa krótka ( naszym tempem 2h w dwie strony, łącznie z oświadczynami), widok z polany ładny –doskonała alternatywa na zła pogodę. Na miejscu okazało się jednak, że parking kosztuje 15zł za cały dzień i nie można kupić na krócej – cóż 7.50zł/h to trochę dużo jak na mój gust. Lekko mnie to poirytowało i skłoniło mnie do napisania tego posta. Więc oto główne powody, dla których nie lubię polskich Tatr:

-Górale – zawsze płaczą, że zły sezon, że mało dudków, nigdy nie widziałem żeby byli zadowoleni. Na każdym kroku starają się wyrwać z przyjezdnych jak najwięcej pieniędzy. Uważają ceprów za dojne krowy, które można doić aż padną, bo i tak przyjadą do nich następne. Kiedyś wracałem ze znajomymi późnym wieczorem drogą z Moka w stronę Palenicy, tak z kilometr za Włosienicą mijała nas ostatnia bryczka, z 3 osobami, góral zaproponował podwózkę, ale za pełną stawkę – wolał jechać pusty niż zarobić na nas mniej. Nigdy nie zrozumiem takiego sposobu myślenia. Albo inna historia.  Znajomy miał zarezerwowany domek na Sylwestra, rezerwacja oczywiście 3 miesiące wcześniej, zaliczka wpłacona, 3 dni przed Sylwestrem kolega odbierał wiadomość, że cena wzrosła i to czterokrotnie… Cóż w Krakowie można się bawić równie dobrze, co w Zakopanym, szczególnie za tą kwotę -sprawdzone. Oczywiście wiadomo, Zakopane to turystyczna miejscowość, ludzie muszą zarobić, ale bez przesady. Nad Bałtykiem czy na Mazurach też żyją z turystów, jest drogo, ale nie aż tak. Zresztą sezon w górach trwa prawie przez cały rok.

-Brak dobrej drogi dojazdowej. Każdy, kto jechał Zakopianką wie, o czym mówię. Ta droga już dawno powinna mieć 4 pasy, właściwie nie tylko ta, ogólna bolączka dróg w Polsce. Niestety próby rozbudowy odcinak Nowy Targ –Zakopane zostały zatrzymane przez protesty Górali. Cóż w takiej sytuacji zgadzam się z propozycjami, żeby nowa droga prowadziła do Łysej Polany. Na Słowacji i tak jest dużo przyjemniej.

-Stonka. Nie bronię nikomu prawa do wizyty w górach. Asfaltowa droga do Moka, czy kolejka na Kasprowy pozwala każdemu zobaczyć ich piękno z bliska. Ale jak już tam dotrą to niech zostaną a nie pchają się na szlaki, całkowicie nieprzygotowani. Faceci w klapkach (oczywiście w parze z biała skarpetą frotte), a laski w szpilkach albo japonkach. Piwko również nie jest najlepszym napojem w górach.

-Lans. Będąc w Dolomitach przeżyłem pewnego rodzaju szok. Na szlakach było pełno Włochów, Francuzów, Niemców, czyli nacji znacznie od nas bogatszych, a zwykle używali oni rzeczy marki Quechua. Za to Polaków można było z daleka rozpoznać po naszywkach TNF lub Salewa. Czyżby w ten sposób rekompensowali jakieś kompleksy? Podobnie jest w Tatrach, najlepszy sprzęt maja ci, którzy wybierają się tylko na atak na Północną Ścianę Krupówek. Kiedyś spotkałem tam gościa, który do plecaka miał przywiązaną linę, kask i raki -w sierpniu…

-Schroniska- tu właściwie pojawia się pytanie czy to, co jest w Tatrach to są jeszcze schroniska czy już hotele położone w górach? Wieczorne imprezy, brak możliwości wykupienia miejsca na podłodze w przypadku zapełnienia pokoi. Jak dla mnie coś jest nie tak…

-Są małe – te kilka dolin, które leżą po polskiej stronie granicy, to naprawdę nie wiele, szczególnie biorąc pod uwagę liczbę ludzi, którzy co roku tam przyjeżdżają.
                           
To główne powody, dla których unikam Tatr polskich. Są to góry niezaprzeczalnie piękne, ale ciężko w nich poczuć odpowiedni klimat, dlatego teraz zamierzam poznawać słowackie szlaki. I dobrze przynajmniej jednej malkontenckiej stonki mniej – pomyślał Czytelnik :)

czwartek, 2 czerwca 2011

Via ferratay Innerkofler +Percorso delle Forcelle

Pierwszy dzień powitał nas szronem, ale gdy słońce wychyliło się za gór otaczających kamping zrobiło się całkiem przyjemnie. Po śniadaniu ruszyliśmy na spotkanie z pierwsza via ferratą. Na początek by nabrać wprawy w posługiwaniu się lonżą wybraliśmy prostą technicznie, ale za to ciekawą pod względem widokowym ferrate Innerkofler. Punktem wyjścia jest schronisko Auronzo położone u stóp Tre Cime, do którego z Misuriny można dostać się na trzy sposoby. Pierwszy to podejście na piechotę, które zajmuje około półtora godziny, drugi znacznie wygodniejszy -skorzystanie z autobusu (bilet kosztował 5 euro), a trzeci, który zresztą wybraliśmy, to dojazd autem. Warto tu zaznaczyć, że oplata za samochód osobowy wynosi 20 euro i jest to jedyna opłata parkingowa, którą zapłaciliśmy podczas całego naszego pobytu w Dolomitach. 


Tre Cime

Ferrata Innerkofler ma początek przy Rif. Tre Cime dojście tam z Rif. Auronzo zajęło nam ok. 1.5h. Po krótkiej sesji zdjęciowej zagłębiliśmy się w sztolnie. Droga jest komfortowa i na tyle jasna, że nie potrzebowaliśmy czołówek. Naturalne światło wpada przez wykute w ścianie otwory obserwacyjne. Sztolnie kończą się malutką półką skalna, za którą pojawiają się upragnione stalowe liny. Tam dopiero wyciągnęliśmy sprzęt. Podczas gdy ubieraliśmy się minęło nas dwóch Włochów -ojciec z synem na oko piętnastoletnim, którzy szli bez żadnego wyposażenia. Stalowe liny prowadziły nas wzdłuż grani na południe ku przełęczy del Camoscio. Z każdej strony byliśmy otoczeni przez zapierające dech w piersiach widoki. Pojawiły się też pierwsze trudność –niewielki płat śniegu. A za nim już przełęcz, która wyznacza koniec ferraty Innerkofler. 


Otwór obserwacyjno strzelniczy.

Po krótkim zastanowieniu zdecydowaliśmy ruszyć na Monte Paterno. Droga wiodąca na szczyt zaczyna się od stromego i dosyć eksponowanego fragmentu, ale jest bardzo dobrze ubezpieczona stalowymi linami. Po paru metrach liny się rozgałęziają, zabieg ten zastosowany został w celu rozładowania ruchu. My podążyliśmy (zresztą jak wszyscy) w prawo i po kilku minutach dochodzimy do końca ułatwień. Pozostałe do szczytu metry przemierzyliśmy wybierając drogę na czują, bo właściwego szlaku ( o ile w ogóle taki jest) nie sposób było odnaleźć -oznaczające go kopczyki ginęły w morzu luźno leżących kamieni. Po kilku minutach docieramy do szczytu. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia pod krzyżem upamiętniającym, Innerkoflera, który zginął podczas prowadzenia szturmu wojsk austriackiego na włoskie pozycje na Monte Paterno.

 Pierwszy odcinek podejścia pod Monte Paterno


Po powrocie na przełęcz zaczynamy następny etap -via ferratę Forcelle. Jest ona prościutka, ale strasznie zatłoczona, na jej zakończenie czekało nas dosyć przyjemne zsuwanie się piargiem, a na dole tuż przy szlaku spotkaliśmy świstaka. Potem jeszcze spacer szerokim płaskim szlakiem i wróciliśmy do samochodu. 

 Świstak

I tak upłynął nam pierwszy pełen emocji dzień. Z jednej strony byliśmy szczęśliwi, a z drugiej zawiedzeni, bo przekonaliśmy się, że czas podany w przewodniku są nierealne -co postawiło pod znakiem zapytania część naszych dalszych planów.

Farraty Innerkofler i Percorso delle Forcelle, są doskonałą propozycją dla kogoś kto dopiero zaczyna spotkanie z tego typu rozrywką.