wtorek, 24 maja 2011

Orla Perć

Tak jak ostatnio pisałem po nie udanym wypadzie na Matterhorn, zapadła w domu decyzja, że Alpy to nie dla starszego pokolenia. Szczególnie, że dla Ojca i  Henia była to już drugą nieudana próba. Cóż z logistycznych powodów pozostały mi tylko Tatry, przynajmniej na  pewien czas.

A jak Tatry to wiadomo Orla Perć – szlak do powtórzenia którego przymierzałem się kilka lat. Wreszcie w lipcu 2008 roku podjęliśmy spontaniczną decyzję  -jedziemy za tydzień na Orla. Sześć dni później siedzieliśmy już w pociągu do Zakopanego. My to znaczy ja, Badaś i Jendras.  Plan był prosty: przyjeżdżamy po południu do Zakopca, posiłek w barze Fis, kolejka na Kasprowy, nocleg na podłodze w Murowańcu i wyjście z samego rana szlakiem w kierunku Świnicy. Niestety na miejscu dowiedzieliśmy się że podłogi nie sprzedają, a miejsc w pokojach nie ma. Szczęśliwie okazało się że jest wolny namiot na taborzysku. Po tak spędzonej nocy z rana ruszyliśmy na Orlą.

Orla jaka jest każdy wie, szczególnie w wakacje. Tłok, kolejki, niedzielni turyści. Poruszaliśmy się żółwim tempem. Główną atrakcją była grupa Słowaków używających sprzętu jak na ferratach -powodowali ogromy zator. Tak stojąc w kolejce z Koziej Przełęczy, zgadaliśmy się z gościem dla którego Orla była tylko zaprawą przed ferratami. Tam właśnie pośród tego tłum ludzi zapadła kolejna spontaniczna decyzja- za rok do Włoch…. O tym, co z tego wyszło innym razem.  

Ja i Jendras
 

10 komentarzy:

  1. Ciekawe... w planach wakacyjnych mam Dolomity (ferraty), a Orla jednak budzi mój niepokój. Czyżby "nie taki diabeł straszny"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Większość ferrat w Dolomitach to jednak wyższa półka niż Orla. Nawet na tych łatwiejszych jest zwykle sporo przestrzeni i wysokości. Jeżeli Orla budzi w Tobie obawy to jednak na początek polecał bym Austrię i tamtejsze ferraty, szczególnie te opisane w pierwszy tomie przewodnika „Ferraty Alp Austriackich". Drogi te potrafią dostarczyć sporo emocji, a przy tym dobrze oznakowane i ubezpieczone.

      Usuń
    2. Qho, dziękuję za odpowiedź. Może nie tyle budzi obawy, co świadomość, że nie jest tak dobrze ubezpieczona jak ferraty sprawia, że brak by mi było na niej komfortu. Jednak uprząż, lonża i fakt, że jesteś w zasadzie non stop przypiętym sporo zmienia.

      Usuń
    3. MS to na Orlej może budzić obawy, ale również na włoskich ferratach zdarzają się nieprzyjemne nieubezpieczone odcinki. Np. na ferracie Mesules po wyjściu na pierwsze wypłaszczenie poręczówki się kończą a szlak prowadzi nieprzyjemnym, dosyć eksponowanym a co najgorsze kruchym terenem. W pamięci utkwił mi również krótki kilkumetrowy odcinek na ferracie Giuseppe Olivieri, prowadzący wąską granią z olbrzymimi przepaściami po obu stronach. Oczywiście nie wspominając o już o ferracie Constantini gdzie nie sposób zapamiętać wszystkich eksponowanych odcinków bez poręczówek.

      Usuń
    4. Qho, tych akurat nie planuję (nie planujemy) :-). Posiłkowałam się we wstępnym ustalaniu trasy między innymi Twoimi opisami i na listę wrzuciłam na chwilę obecną ferraty: De Luca Interkofler + Percorso delle Forcelle, Ivano Dibona (te dwie na "rozgrzewkę"), być może Bianchi, i bardzo bym chciała Lipellę i Brigata Tridentinę (to właśnie te dwie oznaczone są jako "trudne" u Tkaczyka i nie wiem na ile rzeczywiście takie są) ze względu na ich niewątpliwą urodę... + do tego coś w Sorapiss (?) i Gruppo Sella.

      Usuń
    5. Innerkofler i Percorso to świetne widokowe ferraty na które planuje kiedyś jeszcze wrócić bo warto, jedyny minus to straszny tłok. Ivano Dibona, nie szliśmy całej tylko górny fragment, ponieważ koleżanka mi ją odradzała jako monotonną i banalnie prostą. Lipella to piękna, miejscami eksponowana ferrata, na dodatek bardzo długa, ale warta odwiedzenia. Brigata Tridentina oprócz widoków, ma jeszcze duży plus w postaci niemęczącego podejścia i szybkiego zejścia na prosto na parking co we Włoszech nie jest oczywiste. Tak podsumowując to nie wiem jakie doświadczenie masz, ale ogólnie dobry wybór na początek. W grupie Sella piękna jest Cesare Piazzetta, ale zdecydowanie nie na początek -do dziś uważam ją za najtrudniejszą ferratę którą przeszedłem -ale jeżeli miał bym coś polecić w okolicy to zdecydowanie Ferrata Delle Trincee, która wiedzie grzbietem usytuowanym pomiędzy grupą Sella a masywem Marmolady. Widoki na obie strony wprost nieziemskie, ferrata jest długa i dostarcza wielu emocji. Natomiast co do Sorapiss to nigdy tam nic nie robiłem. Dwa razy mieliśmy zrobić 2 dniowe obejście tego masywu i dwa razy zrezygnowaliśmy, ale może w przyszłym roku :)

      Usuń
    6. Jeśli chodzi o moje górskie doświadczenie, to jest ono dość skromne, jedynie w naszych Tatrach Wysokich Świnica, Zawrat, Szpiglasowa i takie "dreptanie". Lada dzień zaczynam(y) jednak kurs na sztucznej ściance, a wiosną kolejny w Jurze Krak.-Częst. - właśnie z myślą o ferratach.
      Z kondycją jest ok, czynnie uprawiam sport więc o to się nie boję.
      Obawiam się tylko tego, że trudności techniczne - wspinaczkowe - na Lipelli i Tridentinie mogę mnie i mojego towarzysza (doświadczenie górskie i sportowe większe niż moje) przerosnąć, a nie chcielibyśmy się wycofywać...

      Piazetta - widziałam na YT - wystarczy :-)

      Za zwrócenie uwagi na Trincee dziękuję - na pewno ją sprawdzę (te emocje, których dostarcza to jej trudność?) :-)

      Usuń
    7. Umiejętności wspinaczkowe nie są na ferratach niezbędne czego najlepszym przykładem jest mój kolega Jendras, który nigdy w życiu nie był nawet na ściance. Za to bardzo ważne jest obycie z wysokością, które przy wspinaczce się nabywa (albo jak w jego przypadku, podczas pracy na dachach). Na ferratach (przynajmniej tych włoskich) zwykle trudności techniczne skupiają się na kilku krótkich odcinkach, które można pokonać używając po prostu brutalnej siły :)

      Natomiast doświadczenie górskie się przydaje (ja mam to szczęście, że jeżdżę ze starymi wyjadaczami). Dolomitów są po prostu ogromne, a szlaki często nie najlepiej oznakowane i przy gorszej pogodzie (a czasem nawet przy dobrej) łatwo się jest zgubić, ale też nie ma co dramatyzować ferraty to sport dla każdego pod warunkiem, że odpowiednio dobiera się trudność.

      Jeszcze jedno: Nie wiem jak w Tkaczyku, ale zwykle czasy w przewodnikach są zaniżone więc należy pamiętać o tym planując trasę i zabierając ze sobą wodę, której na szlakach nie ma.

      Trincee oprócz pierwszej ścianki nie jest specjalnie trudna, a emocji dostarczają dodatkowe atrakcje i przepiękne widoki. W skład atrakcji wchodzą: czasami wąska grań, na pewno jeden (nie pamiętam dokładnie ile ich było) malowniczy wiszący mostek, pozostałości budynków z czasu wojny, kilka sztolni, a kulminacją jest kibel nieopodal schronu powyżej przełęczy Padon :)

      Usuń
    8. Witaj Qho po krótkiej przerwie :). Mam do Ciebie jeszcze jedno pytanie. Polecałeś ferratę Trincee - nie pamiętasz czy są na niej jakieś haki do założenia stanowiska? Wydaje się być idealna do tego aby z niej zjechać, a nie schodzić :)

      Usuń
    9. Nie pamiętam czy można zjechać, za to wiem że po głównych trudnościach można zawrócić boczną ścieżką do górnej stacji kolejki. Jednocześnie polecam przejście tej ferraty do końca, bo mimo że jest długa to warta przejścia :) Jak byś potrzebował jeszcze jakiś informacji to pisz w komentarzach albo na maila (adres nad archiwum bloga), postaram się pomóc w miarę możliwości.

      Usuń