środa, 28 grudnia 2011

Sebastian Nikiel

W ostatnim numerze czasopisma „n.p.m” jest spory wywiad z Sebastianem Niklem. Nie ukrywam, że poruszyła mnie jego historia. Pan Sebastian jest osobą walcząca z boreliozą, jak również powikłaniami po poważnym wypadku, a jednocześnie stara się spędzać jak najwięcej czasu w górach. Więcej można znaleźć na jego stronie.

baner-apel o pomoc-s.nikiel-www.s-nikiel-mojegory.pl

Po przeczytaniu o kimś takim wstyd przed samym sobą, że czasem człowiek znajduje głupie wymówki na usprawiedliwienie swojego lenistwa, zamiast po prostu zabrać plecak i jechać na szlak…

piątek, 23 grudnia 2011

Życzenia


Dla wszystkich czytelników "Bliżej nieba", dużo szczęścia, zdrowia i spełnienia marzeń w nadchodzącym roku oraz zdrowych, spokojnych i rodzinnych Świąt.
 Qho

Moja mikro choinka:)


 

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Marzenia

Zbliża się koniec roku, jest to czas sprzyjający rozmyślaniom o przyszłości, podejmowaniu postanowień noworocznych, snuciu planów i marzeń, w związku z tym ja też coś skrobnę.

Moim postanowieniem na nowy rok jest być przynajmniej raz w miesiącu  w górach. Nie ważne czy to Dolomity, Tatry czy Beskid Wyspowy, ale ważne żeby być i pomęczyć się kilka godzin.

Jeżeli chodzi o plany to El Camino del Rey, jakoś wiosną pod warunkiem, że uda nam się znaleźć tanie bilety lotnicze. Do tego oczywiście wyjazd na ferraty, tym razem na pewno chciał bym zrobić superferratę Gianni Costantini i do tego obejście Sorapis, a jakby udało by się to połączyć z jakimiś drogami w Austrii to było by pięknie.

 Co do marzeń to jest ich kilka  -ferraty Jagihorn i Gemmi. W Szwajcarii, które spodobały mi się po oglądnięciu filmików na youtube. Do tego jeszcze via ferrata Rostock na Eigerze i tak powoli klaruje się szwajcarska wyprawa, ale to już odleglejsza przyszłość. Podobnie zresztą jak cele typowo górskie takie jak:

Grossglockner -nazwa która od pewnego czasu dźwięczy mi w uszach, może przyjdzie taki moment kiedy sprawdzę co do zaoferowania ma Wielki Dzwonnik.

Źródło:http://pl.wikipedia.org/wiki/Gro%C3%9Fglockner
Matterhorn –marzenie które kiedyś było bliskie spełnienia, awaria samochodu pod Monachium pokrzyżowała nam plany dawno temu i od tego czasu pomysł upadł. Ja mimo wszystko wiem, że jeszcze tam pojadę.

Źródło:http://pl.wikipedia.org/wiki/Matterhorn
Aconcagua –takie odległe marzenie, wątpię żebym je zrealizował w ciągu najbliższych 10 lat… A zresztą w życiu nigdy nic nie wiadomo:)

Źródło:http://pl.wikipedia.org/wiki/Aconcagua


czwartek, 1 grudnia 2011

Ferraty Alp Austriackich -przewodnik.

Ojciec na imieniny dostał od Słonia przewodnik „Ferraty Alp Austriackich tom I”, a ja szybko dorwałem go w swoje łapy. Obejmuje on 258 ubezpieczonych tras górskich we wschodniej Austrii, ale nie wszystkie z nich można nazwać pełnowartościowymi ferratami, niektóre to po prostu górskie ścieżki albo drogi czysto trekingowe.


Sam przewodnik napisany jest w sposób czytelny, opis każdej via ferraty podzielony jest na trzy części:
- podejście,
- ferrata,
- zejście.

Każda części jest dokładnie opisana i zawiera czasy potrzebne na jej przejście –jest to duży plus w porównaniu z naszym poprzednim przewodnikiem o którym pisnąłem tu.  Mam  nadzieje, że niedługo uda nam się zweryfikować te czasy.
 
Podczas lektury odniosłem wrażenie (może mylne), że austriackie ferraty różnią się znacznie od tych w Dolomitach. Większość z nich powstała po to by podnieść atrakcyjność danego regionu i są nastawione na fun. Poprowadzone są w taki sposób by dać turystom wiele satysfakcji, często występują na nich atrakcje na przykład w postaci mostków linowych rożnych typów (np. trójlinowe), a ich twórcom przyświecała idea -czym więcej trudności i udziwnień tym lepiej.  W Dolomitach wiele dróg jest usytuowanych na terenie działań wojennych z okresu I Wojny Światowej, często prowadzą autentycznymi ścieżkami żołnierzy więc wytyczone są w sposób spokojny, unikający trudności i udziwnień.  W przeciwieństwie do ferrat austriackich dodatkowe sztuczne ułatwienia zredukowane są na nich do minimum.

Przewodnik ten zawiera wiele ciekawych propozycji dla każdego, nie zależnie od posiadanego doświadczenia, ja znalazłem w nim sporo ciekawych ferrat które jak najszybciej chciałbym wypróbować. Na razie tyle moich przemyśleń, więcej pojawi się pewnie po pierwszym wyjeździe do Austrii –może już w przyszłym roku.  

EDIT 10.09.2012
Po tegorocznym wyjeździe mogę polecić ten przewodnik. Opisy są rzetelne i rzeczowe, a co najważniejsze odpowiadają rzeczywistości. Czasy przejść podane są z pewnym zapasem  i dostosowano je do przeciętnego turysty. 

Jeżeli chodzi o same ferraty, to tak jak już wcześniej podejrzewałem nastawione są na szukanie trudności i na zabawę. Jednocześnie widać że są przemyślane i poprowadzone z głową.    

czwartek, 24 listopada 2011

Góra Chełm Myślenice


Mam parę dni urlopu, rozpisując  go miałem nadzieję, że uda mi się przetestować zakupione rok temu ski-tury, albo chociaż w najgorszym wypadku pojeździć na zwykłych nartach,  a tu lipa. Śniegu niema ani gram, pogoda typowo jesienna, stwierdziłem, że nie ma co siedzieć w domu.  Mimo urlopu czasu nie mam za dużo,  a do tego dzień krótki wiec postanowiłem pojechać gdzieś blisko Krakowa.  Jako, że samemu to trochę nudo, zadzwoniłem do Miśka który z chęcią się do mnie przyłączył.

Panorama -gdzieś w trasie.
Na szczyt góry Chełm w Myślenicach można wyjechać wyciągiem krzesełkowym, my jednak zdecydowaliśmy się wyjść na piechotę. Z Zarabia szliśmy szlakiem zielonym i po około godzinie byliśmy na szczycie. Poszliśmy dalej tym szlakiem do Działka, gdzie zrobiliśmy sobie przerwę na śniadanie. 
Zaczęliśmy wracać tą samą drogą, ale koło leśnego ołtarzyka odbiliśmy na szlak czerwonym którym wróciliśmy do Myślenic. Cała wycieczka nie była zbyt forsowna, ale milo spędziliśmy czas. 

Leśna kapliczka na rozstaju szlaków.


Droga w dół przez las.



środa, 16 listopada 2011

Termos NGT

Wczoraj przyszedł wyczekiwany termos z akcji na forum Niezależnej Grupy Testingowej. Jest to model Warhead New firmy Termite. Dobrze się złożyło z tą inicjatywą, bo już od dawna rozglądałem się za termosem, a dodatkowo jest to limitowana edycja z grawerowanym logiem forum. Mam nadzieję, że szybko uda mi się go przetestować w terenie:) 

 Termite Warhead New 


sobota, 12 listopada 2011

Jałowiec –jesienny spacer.

Pogoda w tym roku mimo późnej jesieni jest ładna, żal tego nie wykorzystać. Zasłyszałem niedawno, że z Jałowca są piękne widoki. Jest to nie duża górka o wysokości 1111 m n.p.m. leżąca w Beskidzie Makowskim, czasem jest również zaliczana do Beskidu Żywieckiego.



Na wyjazd udało mi się namówić Słonia i Miśka, chcemy zrobić pętle zajmującą ok.4h 30min. Startujemy ze Stryszawy, zielonym przez Wsiórza na Lechówkę i dalej niebieskim na przełęcz Cichą i Jałowiec. Zejście żółtym przez schronisko pod Opaczną do skrzyżowania z zielonym i do Stryszawy.

Takie coś jest niedaleko szczytu Wsiórza, zastawaniem się do czego służy/służyło.

Po stracie ze Stryszawy gubimy gdzieś znaki i na Wsiórza wychodzimy na przełaj, dalej idzie już lepiej, właściwie cały czas szlak prowadzi po równym, jedynie ostatnie podejście pod Jałowiec daje nam trochę w kość. Na szczycie niestety nie ma widoczności. Po krótkiej przerwie ruszamy dalej, szybko dochodzimy do schroniska i zamawiamy jedzenie. Wybór niestety nie jest za duży z uwagi na wczesna porę ale jedzenie niezłe i świeże. 

Widok ze szczytu Jałowca.
W schronisku siedzimy ok. godziny –ciężko jest się ruszyć z ciepłej sali. Przejaśnia się w miedzy czasie i cała drogę powrotną do samochodu idziemy w słońcu. Zejście jest strome i wydaje się dłuższe niż szlak którym podchodziliśmy. Na koniec próbujemy jeszcze raz znaleźć szlak na Wsiórz -ponownie bezowocnie.  

Dochodzimy zielonym do Stryszawy.



wtorek, 18 października 2011

Velky Rozsutec

Kolega z pracy na początku zeszłego tygodnia stwierdził, że dowiedział się o fajnej górze i chciał by szybko się na nią wybrać, zakupił nawet mapę tego rejonu (Małej Fatry). Po sprawdzeniu prognoz pogody wyszło, że pierwszy ładny dzień wypada w poniedziałek. Szybkie pytanie:, "bierzemy urlop na żądanie?", na które odpowiedziałem z niewinnym uśmiechem: "ja mam wolne wtedy". Tak zdecydowaliśmy się ruszyć na Velky Rozsutec (właściwie to nie tak wielki, bo tylko 1607m n.p.m, ale różnica wysokości miedzy punktem startu a wierzchołkiem wynosi prawie 1000m).

Velky Rozsutec
Ruszamy o 5:30 z Krakowa, przez Chyżne do Stefanova (Terchová-Štefanová). Na miejscu meldujemy się o 8:10 (parking jest płatny 2 euro, ale nie było nikogo) i po kolejnych 10 min ruszmy żółtym szlakiem na sedlo Vrchpodzial. Szlak prowadzi przez las i nie jest wymagający. Szybko dochodzimy do przełęczy, a po chwili schodzimy do szlaku niebieskiego.

Niebieskie znaki prowadzą nas głębokim wąwozem, naszym zdziwionym oczom ukazują się pierwsze atrakcje -drabinki i kładki. Jest pięknie, trochę jak w Słowackim Raju, a trochę jak na Korsyce.




Zachwyceni docieramy do sedla Medzirozutec, skąd mamy piękny widok na Maly Rozsutec, niestety jego większy brat kryje się jeszcze za drzewami.

Panorama z sedla Medzirozute
 Idziemy dalej czerwonym szlakiem przez las, ścieżka jest zaśnieżona i śliska, ale szybko udaje nam się stanąć na szczycie. Widoki są piękne -otacza nas morze gór, a w oddali widać ośnieżone szyty Tatr i Babiej Góry.



Po dłuższym postoju zaczynamy schodzić na sedlo Medziholie -szlak miejscami jest stromy, w kilku miejscach są drabinki (właściwie tylko utrudniają schodzenie, bo leżą prawie na płasko). Z przełęczy mieliśmy iść na Stoha, ale zaczyna nas już gonić czas i decydujemy się na obejście wierzchołka szlakiem żółtym. 

Zejście do sedla Medziholie
Dochodzimy do Stohowego sedla i  stamtąd granią do Polunovyego Grunia. Teraz przed nami zejście żółtym szlakiem do Chaty na Gruni. Zejście jest okropne –schodzimy mocno nachyloną łąką częściowo pokrytą śniegiem a częściowo błotnistą. Błoto lepi się do podeszw i każdy krok wymaga niezwykłej uwagi.

Po ok. godzinie dochodzimy do schroniska na Gruni, skąd niebieskiemu szlakiem przez las wracamy do parkingu w Stefanowej.  Przy samochodzie meldujemy się po dokładnie 10 h, (tempo mieliśmy wolne).

Ostatni rzut oka na Velky Rozsutec

Po dniu w Małej Fatrze wiem jedno -jeszcze kiedyś tam wrócę, a na sam Velky Rozsutec przyjadę ponownie już na wiosnę.

poniedziałek, 10 października 2011

El Caminito del Rey

Od pewnego czasu chodzi mi po głowie pewna nazwa -El Caminito del Rey, chodzi właściwie od momentu gdy oglądnąłem ten filmik na YouTube. Po konsultacjach z Januszem stwierdziliśmy, że może udało by się w okolicach marca przyszłego roku zorganizować jakiś krótki wypad na ten szlaczek.

Obecnie jestem na etapie poszukiwania materiałów, stąd moja prośba jeżeli ktoś przeszedł El Camino del Rey albo posiada jakieś materiały które mogły by pomóc był bym wdzięczny za kontakt, mój e-mial to qho.małpa.wp.pl. Niestety informacje do których udało mi się dotychczas dotrzeć są albo nie pełne albo sprzeczne.


poniedziałek, 3 października 2011

Babia Góra

Babia Góra miejsce znane, w którym bywam, co kilkanaście miesięcy, ale zawszę lubię tam wracać i dotychczas miałem na tyle szczęścia, że nie trafiałem na tłumy turystów, aż do wczoraj...


Ale do początku, dziewczyna kolegi naciskała go od wiosny żeby pojechał z nią na Babią, a kolega naciskał mnie żebyśmy wybrali się z nimi (ja +moja narzeczona). I tak jakoś schodziło, schodziło, aż do wczoraj. Plan był prosty, jedziemy z Krakowa na Krowiarki, stamtąd  niebieskim w Stronę Markowych Szczawin a później Akademicką Percią na szczyt. 


Niestety po dojechaniu na Krowiarki ujrzeliśmy istny armagedon- wszędzie po parkowane samochody i tłumy ludzi. Zdecydowaliśmy się, więc wrócić do Zawoi i iść czarnym szlakiem.  Największą zaletą tej opcji było to, że praktycznie do samych Markowych byliśmy sami. Na Akademickiej Perci było już trochę ludzi, ale bez przesady, za to na szczycie były tłumy.


Do Markowych Szczawin schodziliśmy czerwonym (nigdy nie lubię schodzić tym samym szlakiem którym wychodziłem) a przy samochodzie zameldowaliśmy się po prawię 7 h od wyruszenia, (ahhh te kobiety:) ).




poniedziałek, 26 września 2011

czwartek, 15 września 2011

Podsumowanie +Bonus

Na ostatni dzień wyjazdu mieliśmy zaplanowaną ferratę dei Finanzieri, niestety deszcz padał całą noc, a ranek co prawda powitał nas słońcem, ale z uwagi na to że prognozy pogody nie wróżyły nic dobrego zdecydowaliśmy się na powrót do domu. Niestety po drodze trafiły nam się korki na lokalnych drogach we Włoszech i Austrii, oraz źle oznakowany objazd w Bielsku Białej, co spowodowało że jechaliśmy 14h.

Wyjazd uważam za bardzo udany, pogoda poza ostatnim dniem nam dopisywała, Dolomity jak zwykle piękne. Same ferraty tym razem były zacznie trudniejsze technicznie od tych pokonanych ostatnio, ale dostarczyły wiele satysfakcji. Mam nadzieję, że w przyszłym roku  uda mi się przejść kilka następnych, nie koniecznie we Włoszech.

Jako bonus wrzucam wykresy z programu Sports Tracker pokazujące mniej więcej jak wyglądały nasze przejścia. Czasy wygenerowane przez program są niższe od rzeczywistych ponieważ Jendras wyłączał telefon na każdym postoju.

Via ferrata Brigata Tridentina –tu Jendras uruchomił pomiar dopiero u stóp ferraty.

Via ferrata Cesare Piazzeta z wejściem na Piz Boe.

Via ferrata delle Trincee –Punkt startu to górna stacja kolejki. Niestety padła nam bateria w komórce podczas zejścia, więc wykres jest nie kompletny -od tego miejsca schodziliśmy jeszcze tak 1-1.5 h.

Via ferrata delle Mesules –ostatni odcinek do przełączy Jendras pokonał stopem, dlatego ta kosmiczna prędkość.


środa, 14 września 2011

Ferrata delle Mesules, czyli Dzień Polski.



Na czwarty cel podczas tegorocznego wyjazdu obieramy via ferratę delle Mesules (spotkałem się również z zapisem nazwy jako delle Mescules, ew. des Meisules), jest to jedna z najstarszych dróg w Dolomitach, powstała w 1912 roku z inicjatywy Austriacko-Niemieckiego Klubu Alpejskiego. Wieczorem nazwiemy ten dzień polskim, ponieważ spotkamy aż trzy zespoły z naszego kraju. 

Zespół pierwszy.

Parkujemy auto parę metrów przed Passo Sella i ruszamy na szlak. Na przełęczy naszym oczom ukazuje się niecodzienny widok –kilku Czechów przyjechało w Dolomity śmiesznymi, ale budzącymi ogromne zainteresowanie autkami.

 Jakim trzeb być pasjonatem, żeby czymś takim przyjechać z Czech w Dolomity?

Po około 20 minutach szybkiego spaceru docieramy do podnóża 300 metrowej ściany. Jest tu około dziesięciu osób przygotowujących się do startu. Takich „tłumów” jeszcze nigdzie w Dolomitach nie spotkaliśmy. Widzimy jak pięcioosobowy zespół (3 dziewczyny i 2 facetów) stawia pierwsze kroki na ferracie i Jendras ze swoim wrodzonym taktem, rzuca głośno stwierdzenie, że będą tarasować nam drogę. Po reakcji ostatniej z dziewczyn widzę, że potwierdziły się moje przypuszczenia – to są Polacy.

Początek szlaku nie jest trudny, ale poruszamy się powoli wstrzymywani przez zespół przed nami. Po chwili dochodzimy do ciągu kominów i to miejsce wyraźnie przerasta dziewczyny. Siedzimy i patrzymy jak męczą się na każdym metrze, niestety nie ma ich jak wyminąć. Ogólnie jest ciasno, zdarzają się trudne momenty, w kilku miejscach trzeba pokombinować, ale jest sporo sztucznych ułatwień.




Po wyjściu z kominków mamy sporo powietrza pod stopami. Niestety tempo jeszcze spada, przemieszczamy się od jednego miejsca, w którym można siedzieć do drugiego, bo Polacy sobie nie radzą. Czy nie powinno się wybierać ferrat adekwatnych do swoich umiejętności? Po co samemu się bać i uprzykrzać, życie innym?


Wreszcie kończą się poręczówki i zaczyna się strome podejście, na tyle szerokie by wreszcie móc ich wyminąć. Po kilkunastu minutach docieramy do szerokiej półki, obwieszczamy zakończenie ferraty,  robimy pamiątkowe zdjęcia, zrzucamy szpeja, i dochodzimy do przełęczy, z której mamy zamiar zejść na dół.

 Nasza czwórka w pełnej okazałości.

Niestety ku naszemu zaskoczeniu to jeszcze nie koniec -szlak prowadzi dalej na Piz Selva. Morale bardzo podupada, podchodzimy wyżej i robimy sobie przerwę. Obserwując reakcje ludzi którzy dochodzą do przełęczy od strony ferraty widzimy, że nie tylko my się pomyliliśmy, wszyscy liczyli że droga stąd już tylko w dół :). 

Podejście pod Piz Selva, nie należy do przyjemnych. Dominują eksponowane nieubezpieczone odcinki. Idziemy wolno, bo każdy błąd może zakończyć się bardzo długim lotem. Osobiście nie chciałbym przechodzić tędy podczas deszczu, gdy skała jest śliska. Wreszcie docieramy do wierzchołka i oddychamy z ulgą, ale niestety chmury nie pozwalają nam się w pełni rozkoszować się widokami.



Zespół drugi

Przed nami już teraz tylko zejście w dół, które podobno ma zająć nam dwie godziny. Po zaciągnięciu języka u Włochów ruszamy wskazaną przez nich ścieżka. Po kilkuset metrach spotykamy drugi polski zespół tego dnia –ojca z synem. Dochodzą do nas boczną ścieżką, z której się wracali –mają przewodnik Pascala, który okazuję się jeszcze mniej dokładny od naszego. Od tej chwili idziemy razem, trawieni wątpliwościami czy  wybraliśmy właściwą drogę. Mgła ograniczają widoczność i cały czas zastanawiamy się czy idziemy we właściwym kierunku.

Podczas zejścia nawiązuje się rozmowa, goście przechwalają się gdzie to nie byli, jakie ferraty zrobili i jakie mieli czasy. Ogólnie bardzo koloryzują, ale o tym jak bardzo przekonamy się dopiero później.

Zespół trzeci

Cały czas idziemy po płaskowyżu, cały czas mamy ograniczoną widoczność i cały czas nie wiemy czy idziemy dobrze. Gdy za zakrętu wyłaniają się dwaj mężczyźni to oczywiście pytamy ich o drogę. Krótka rozmowę po angielsku przerywa, dochodząca do nich dziewczyna, która zwraca się do kolegów po polsku. To już trzeci polski zespół tego dnia -a dotychczas podczas dwóch wyjazdów spotkaliśmy tylko jednego rodaka. Niestety oni też nie wiedzą za bardzo gdzie są. 

Idziemy dalej, aż w końcu docieramy do szlaku nr. 647 który zaczyna nas wreszcie kierować w dół. Początkowo szlak nadal jest łagodny, ale po kilkuset metrach staje się stromy. Musimy zatrzyma się na dłuższa chwilę, bym mógł ubrać usztywniacze na oba kolana –bez nich nie mogę schodzić. Ojciec i syn, którzy nam towarzyszyli do tej pory postanawiają iść dalej, my ruszamy dopiero po około 10 minutach. Ścieżka jest stroma, więc nie idę szybko, ale po kilkuset metrach udaje się nam ich przegonić -a oni szli cały czas.  Chwile wcześniej chwalili się, jakie mieli mocne czasy, w szczególności na zejściach. I po co tak koloryzować?

W pewnym momencie zejścia decydujemy się wysłać, Jendrasa przodem -jest z nas najszybszy i uważamy, że pojedyncza osoba łatwiej złapie stopa. Szlak kończy się w połowie drogi do Passo Sella, a drałowanie asfaltem nie uśmiecha się nam za bardzo. Schodzimy dalej ścieżką przez las, ale zaczynają zbierać się nad nami ciemne chmury, a po chwili zaczyna padać. Zastanawiam się przez chwilę i w końcu podejmuję szybką decyzję, kurtka przeciw deszczowa zostaje w plecaku. Przy ok. 25 stopniach ciepła skuteczność odprowadzania potu przez membranę jest marginalna, a ja jednak wolę być mokry od deszczu niż od potu. 

Na szczęście to był tylko przelotny deszczyk i szybko znów wychodzi słońce. Po dotarciu do drogi czekamy może 5 min i pojawia się Jendras. Teraz już tylko zjazd do Arabby i wymarzony prysznic. Łącznie w górach byliśmy 7-8 godzin, z tego ok. 3 to była via ferrata reszta to zejście. Siedząc pod namiotem i czkając na, aż jedzenie się podgrzej przechodzi mi przez glowę myśl –pierwszy zespoł polski pewnie jest jeszcze w górach, a jeżeli ich tempo nadal jest takie słabe to pewnie zejdą ze szlaku już po zmroku… 

Powiem szczerze nie polecam nikomu ferraty delle Mesules, po prostu zejście z niej jest nie współmierne do radości którą daje sama ferrata. Dodatkowym minusem jest bardzo słabe ubezpieczenie, części szlaku prowadzącej na Piz Selva. Przeszedłem już w życiu kilka, ferrat ale to była pierwsza, na której się zawiodłem.



wtorek, 30 sierpnia 2011

Ferrata Delle Trincee

Ferrata Piazzetta nadwątliła trochę nasze siły, dla tego szukaliśmy jakiegoś spokojniejszego, rekreacyjnego szlaku, bez konieczności długich podejść i z krótkim zejściem, według naszego przewodnika tym kryteriom idealnie odpowiadała ferrata Delle Trincee. 

Startujemy z Arabby a pierwszy etap pokonujemy kolejką, a przy górnej stacji chwila zastanowienia, standardowe pytania o drogę i ruszamy w stronę przygody. Początek to wysoka pionowa ściana, podczas gdy my ubieramy się w szpeje, dwóch Niemców walczy nad naszymi głowami. Jednemu się udaje, drugi rezygnuje, ale gdy widzi że my przeszliśmy ten odcinek bez większych problemów podejmuje drugą próbę –również nie udaną. Jego kompan mimo to idzie dalej z nami. 

 Widok na górną stację kolejki po pokonaniu pierwszego stromego odcinka.

Droga wiedzie grania i nie jest specjalnie trudna, ale za to wspaniała pod względem widokowym –po jednej stronie masyw Marmolady, po drugiej Arabba i grupa Sella. Dochodzimy do trawiastej półki i ku naszemu zdziwieniu spotykamy jegomościa który zrezygnował na pierwszym stromym odcinku -obszedł  wszystkie trudności zwykłą ścieżką i teraz z rozbawienie ogląda nasze zdziwiony miny. 

 
 Marmolada.
Jena z atrakcji ferraty -wiszący mostek.

Idziemy dalej granią, penetrując co kawałek sztolnie i ruiny baraków –pozostałości austriackich  pozycji z okresu I wojny światowej. To już właściwie nie jest ferrata tylko typowa górska ścieżka. Parę metrów poniżej naszej drogi pasą się owce -że też chciało im się wychodzić tak wysoko po prawie pionowych zboczach, tylko dla trawy której pod dostatkiem jest na płaskowyżu niżej. A może wylazły tutaj żeby narobić na ścieżkę którą idziemy, a teraz tylko udają, że się pasą a tak naprawdę śmieją się naszych wysiłków niewdepnięcia w minę?




Idziemy już koło trzech godzin, a końca nie widać. Niemcy też wyglądają na zaniepokojonych. Dochodzimy do ciągu sztolni w których niezbędna jest latarka, a po ich minięciu natrafiamy na grupę anglików, którzy wyglądają na podobnie zdezorientowanych jak my. Stoimy na rozwidleniu szlaku, na lewo znów zaczyna się ferrata, na prawo idzie scieżka w kierunku jeziora Fedaia, którą prawdopodobnie można wrócić do górnej stacji kolejki. Głównym problemem jest to, że nikt nie wie jak długa jeszcze będzie ferrata i  ile zajmie zejście na dół, a zaczyna się robić późno.

Po dłuższych debatach i studiowaniu przewodników i map, my decydujemy się ruszyć dalej na lewo ( i tak planowaliśmy zejść na nogach do Arabby), a Niemcy i Anglicy ruszają w stronę kolejki. Nasza droga prowadzi ostro w górę, ale trudności są umiarkowane. Po chwili dochodzimy do ogromnej sztolni, widać po układzie wykutych w ścianach pomieszczeń, że ktoś tu pewnie mieszkał Gdyby nie znaki na ścianach niechybnie byśmy pobłądzili. Labirynt jest naprawdę rozległy i chyba pułk wojska by się tu bez trudu zmieścił.

Nagle naszym oczom ukazuje się wyjście, a za nim malowniczo położona półka skalna na której jest schron (w środku są jak dobrze pamiętam cztery piętrowe prycze + dwa miejsca na podłodze pod nimi), a kilkadziesiąt metrów niżej przełęcz Padon. Decyzja o wyborze tej trasy była słuszna, a  byliśmy bliscy zawrócenia 20 min przed końcem ferraty. Teraz pozostało już tylko zejść do Arabby.  


Na passo Padon po serii zdjęciowej przy starej haubicy, kierujemy się na dosyć stromy piarg i po około 15 min dochodzimy do wygodnej ścieżki, a po kilkuset metrach odbijamy na trasę narciarską prowadząc wprost do Arabby. Po drodze jesteśmy zupełnie sami, jedynie od czasu do czasu spotykamy świstaki. Zejście zajmuje nam około 2,5 godziny, co łącznie daje czas w górach mniej więcej 6h (jako, że pamięć ludzka jest zawodna, to część z naszej grupy mówi nawet o 7h).

 Świstak do którego udał nam się podejść całkiem blisko.

Moim zdaniem via ferrata Delle Trincee jest warta uwagi, ale mimo że dojeżdża się do jej początku kolejką ( można również podejść od jeziora Fedaia, ale to dodatkowe 1,5 h) należy traktować ją jako całodniową wycieczkę szczególnie przy założeniu, że wraca się do Arabby o własnych siłach.